Rodzynki wydłubane z życia...

Goście

Archiwum
2018
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2017
2016
2015
2014
2013
2012
2011
2010
2009
2008
2007
2006
2005

Fb
Poczta
Bank1
Bank2

Allegro
Avon

YouTube
Drzewo

statystyka
e-mail
RSS

Logowanie

Bibliografie

BLOG MAMOFYEN                                         To, co się jeszcze nie wydarzyło, można zmienić.


03.05.2018 (13:21)

Było tak...
Wchodzę furtką na frontowe podwórko i już od razu czuję zapach róż. Po kolei powtarzam sobie ich nazwy i liczę. Najpierw tuż przy furtce Moonlight, pod oknem jadalni Angela i dwie kanadyjki Alexaner McKenzie, a pod kuchennym oknem New Dawn - to już razem pięć. Teraz przy schodach na ganek - po lewej Martha, a po prawej Alba Maxima i dwie Sympathie. Razem na frontowym podwórku dziewięć, prawie wszystkie odmiany silnie pachnące.
To skręcamy za szopę. Tu na ścianie rozpięta jest ogromna pnąca Lykkefund. Potem mijamy schowaną w bukszpanowym szpalerze młodą Flamentanz wyhodowaną z odrostu i już blisko jest do dolnej różanki. Jedenaście.
Na różance liczę dalej. Około piętnastej potknięcie, pomyłka i już nie wiem, ile to było - czternaście czy piętnaście? No to w wracam do furtki i zaczynam jeszcze raz od początku.

Znam wszystkie moje róże po imieniu, jest ich około stu trzydziestu, co wprawdzie nie wystarczyło, żeby zająć cały potrzebny czas, ale kiedy doszłam do końca, byłam już tak wyciszona, że mogłabym chyba zasnąć.

Ten spacer był w mojej głowie, bo taki plan liczenia róż sobie ułożyłam, żeby zająć myśli otumanionej prochami głowy i przetrwać te dwadzieścia minut w rurze aparatu do rezonansu magnetycznego. Albowiem przy pierwszej próbie, jakieś dziesięć dni wcześniej, dostałam ataku paniki po wsunięciu do rury i badanie się nie odbyło.
Teraz się udało, dzięki różom i relanium - 5mg wieczorem poprzedniego dnia i 10mg na godzinę przed badaniem.
Alleluja!

No ale w papierach mi wpisali że klaustrofobia, widział to kto.

Komentuj (3)

05.05.2018 (08:59)

Na lutową rocznicę wymyśliłam dla Starego taki prezent - duże drzewo. Dostał bon upominkowy do realizacji w fajnej szkółce i miał sobie wybrać drzewo do ogrodu, a że była zima, to z realizacją na wiosnę. Stary wymyślił, że to drzewo, to będzie platan i pan szkółkowy dostał zlecenie, że proszony jest o poszukanie platana.
Jakiś czas temu zadzwonił, że trzymetrowy platan z renomowanej szkółki od p. Szmita już jest. W dodatku okazało się, że spora część kwoty została jeszcze do wykorzystania.
Pojechaliśmy więc wczoraj, połaziliśmy i po namyśle oraz niewielkiej dopłacie - do platana dołączył grab kolumnowy, jeszcze wyższy.

Dwa duże drzewa w donicach przyjechały wczoraj i stoją już sobie w miejscach docelowych. Niech się przyzwyczajają.

Komentuj (1)

07.05.2018 (17:16)

Jechałyśmy z Miśką do domu i zachwycałyśmy się polami kwitnącego rzepaku. Jak pięknie wygląda, jak pachnie, jaki to charakterystyczny widok.
I stwierdziłyśmy romantycznie, że ten nasz polski rzepak, to prawie tak jak ta francuska lawenda...

I zaraz potem nastąpiła konkluzja: no cóż - jaki Macron, taka lawenda!

Komentuj (1)

13.05.2018 (20:12)



Na obiad dziś była zupa ogórkowa posypana siekaną pokrzywą, a potem omlet z pokrzywami.
Duszone na maśle pokrzywy są dużo lepsze od szpinaku i w odróżnieniu od niego mają swój smak - trochę jakby grzybowy. W połączeniu z jajkami czy makaronem - rewelacja.
Nie lubię natomiast pokrzyw odgrzewanych następnego dnia, bo nabierają jakiegoś dziwnego piwnicznego posmaku.

Można powiedzieć, że od wczoraj mamy schody. Co prawda jeszcze nie wszystko jest podokręcane, ale już można chodzić i skwapliwie korzystają z tego koty, które WRESZCIE same wychodzą i wchodzą przez strych.
Na przykład jest tak: zostawiamy rano koty w domu, a jak wracamy z pracy, to Tofik lansuje się w kurniku, przechadzając się pomiędzy kurami.
O ile nasze psy i koty w domu funkcjonują wzorowo, to na zewnątrz już niekoniecznie. Koty muszą się nauczyć, że biegnący kot jest ścigany przez psa. Lusia raczej to rozumie, Tofik niezbyt. W ostatnich dniach trwają ćwiczenia w terenie i koty już wiedzą o co chodzi, ale jeszcze czasem się zapominają.

Schody będą najprostsze, bez podstopnic, bo to tylko schody na strych i muszą pasować do naszej sieni, a nie do Wersalu. Poręcz jeśli będzie, to od trony ściany.
Stary sam sobie te schody rozrysował i sam je zrobił od początku do końca, jak to on.
Niektóre stopnie będą przykręcone do policzków, a inne nie. Fizyka zrobi resztę, jako rzecze Stary.
Pierwszy stopień na dole będzie szerszy i utworzy podest do posiedzenia sobie z kotkiem na kolanach - taki jest plan.





Wiosna jest w tym roku bujna, jak nigdy i maj bez przymrozków.
Posadziłam już w foliaku wszystkie pomidory, wcześniej niż zwykle, a mimo to niektóre od razu z pąkami kwiatowymi. Jemy już własną sałatę, rukolę i rzodkiewkę.
Drzewka owocowe kwitły bardzo obficie i wielkimi jak nigdy kwiatami. Zawiązały też masę owoców, a wszystko to dzieje się w jakimś szaleńczym tempie - szybko, dużo i wszystko naraz - jakby zaraz miał być koniec świata.

Gdybym jutro nie jechała do pracy, to miałabym taki plan - od rana iść do maliniaka i powyrywać wszystkie pokrzywy, które lada dzień zaduszą mi te biedne maliny. Część z nich mogłabym nastawić na gnojówkę, żeby mieć potem do podlewania róż, a resztą wyściółkować międzyrzędzia w warzywniku.
Mogłabym to zrobić, gdybym jutro nie jechała do pracy... no ale jadę.

Komentuj (9)

23.05.2018 (19:56)

Od marca wkroczyłam na krętą ścieżkę diagnostyczną - odbywam wizyty i badania, dostaję diagnozy i umawiam terminy.
Okazuje się, że mam szyjny kręgosłup dokumentnie zwichrowany, ale szczęśliwie mam również szeroki kanał kręgowy, co powoduje, że są jeszcze wolne przestrzenie tam, gdzie ich już być nie powinno. Nie ma ucisków, a więc operacji też nie będzie, ale za to wskazana jest intensywna rehabilitacja.
Będą natomiast operacje obu nadgarstków i mam już powyznaczane terminy zabiegów. Z pewnością to ulga - czekać na operacje rąk, a nie kręgosłupa i mam nadzieję, że po tych zabiegach miną mi dolegliwości, o których wywoływanie podejrzewałam właśnie kręgosłup.

Wszędzie korzystam z legitymacji zasłużonego krwiodawcy, która od ubiegłego roku uprawnia jej posiadaczy do omijania kolejek do specjalistów, na badania i różne inne medyczne atrakcje.
Jestem w szoku - placówki medyczne respektują te uprawnienia bez żadnego problemu i mam nawet poczucie, jakby się wszyscy do mnie odnosili jakoś inaczej, jakoś grzeczniej i bardziej sympatycznie.
Na przykład termin oczekiwania na wizytę u neurologa z kilkumiesięcznego robi się trzytygodniowy i to z przeprosinami, że tak długo, bo pan doktor po drodze ma urlop. A dziś zaproponowano mi początek rehabilitacji na maj przyszłego roku, ale jeśli z legitymacją, to za tydzień.

Ostatni raz oddałam krew na miesiąc przed śmiercią Mamy. Potem była długa przerwa, bo jakoś nie mogłam znaleźć w sobie tego nadmiaru, którym mogłabym się podzielić.
Dziś poczułam, że chyba znów chcę - jeśli tylko mnie tam zechcą z takim peselem.

Komentuj (0)

26.05.2018 (21:11)

Prowadzimy ze Starym wiosenny bezmięsny eksperyment dietetyczny.
Po prostu postanowiliśmy od pierwszego majowego poniedziałku nie jeść żadnych mięs ani wędlin, tak powiedzmy przez miesiąc, że to niby takie wiosenne oczyszczenie organizmu, czy jakoś takoś.
Wydawało mi się to wtedy bardzo bohaterskim przedsięwzięciem, bo różne ja rzeczy w życiu rzucałam (w tym palenie!), ale mięsa to jeszcze nie.
Zaraz na wstępie postanowiliśmy zrobić wyjątek dla ryb i nie napinać się zbytnio - uda się to dobrze a jeśli nie, to i tydzień dobry.

No i cóż - okazało się, że jesteśmy bardzo dzielni, bo mija już trzeci tydzień!

Komentuj (3)

31.05.2018 (12:22)

Na Dzień Matki dostałam prezent zamówiony, a jest to dostęp do książek czytanych, takich do słuchania. Stanowi on niejako dopełnienie szafy pełnej włóczek i jest częścią projektu, pod hasłem przygotowania do zimy, bo zima, jak wiadomo, jest długa i ciemna i nie jest takie proste stawić jej czoła na odludziu, zadupiu i bezogrodziu.
W dodatku będzie ona częściowo poświęcona na naprawianie rąk i innych zepsutych podzespołów, no ale cóż - trzeba, bo ręce potrzebne.



Kiedy nie ma zimy, to jest ogród - całodobowo. Za dnia jemy w ogrodzie, drzemiemy i czytamy leżąc, dziergamy pod leszczynami... a nocą ogród wchodzi nam do domu przez otwarte drzwi i okna.

Niektórzy z nas relaksują się tak




a inni tak


Komentuj (0)
Blogi
Barbarella
Talenty
CudaMerigold
Dulbeb
Gunia
Lunia
Stary
Młoda
Jedzonko
Pesto
Wypieki
Ogród
Kompostownik
Róże (ang)
Róże (pol)
Róże (rus)
Na drutach
Drops
E-dziewiarka
IK blog
Ravelry
Reszta Świata
Janda
Kazik
MariaPeszek
Nohavica
Przemyk
WOŚP
OKOpress
Pińczów