Rodzynki wydłubane z życia...

Goście

Archiwum
2018
2017
2016
2015
2014
2013
2012
2011
2010
2009
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2008
2007
2006
2005

FB
Poczta
Bank1
Bank2

Allegro
Avon

YouTube
Drzewo

statystyka
e-mail
RSS

Logowanie

Bibliografie

BLOG MAMOFYEN                                         To, co się jeszcze nie wydarzyło, można zmienić.


09.06.2009 (22:33)

Kto czyta tego bloga od początku, wie, że Młody ma taką świecką tradycję spędzania części wakacji z nogą w gipsie, a czasem zaczyna nawet już przed wakacjami. Ponieważ podstawówkę kończył zagipsowany, to niech nikt nie myśli, że podczas rozdania świadectw na zakończenie gimnazjum będzie inaczej. Ty razem witamy złamanie piątej kości śródstopia (gratulacje, oklaski) - gips na cztery tygodnie i 30 zastrzyków przeciwzakrzepowych w brzuch.
Ja go gnoja wreszcie chyba oddam do domu dziecka.

Po przyjeździe z gipsowania, chociaż było już dość późno na działalność kulinarną, postanowiłam szybko ugotować żurek na jutro. Nastawiłam gar z wodą i wyjęłam butelkę z żurkiem z lodówki. To taka butelka z ceramicznym korkiem i drucianą sprężyną, pozwalającą szczelnie zamknąć ten korek. Zawsze w niej kiszę żur - jak już popracuje i ukisi się taki niedomknięty, to zaciągam sprężynę i wstawiam do lodówki. Po paru dniach najczęściej go zużywam, ale tym razem stał w lodówce dość długo.
Kiedy tylko spróbowałam otworzyć butelkę, żurek eksplodował. Ponieważ chlusnął mi najpierw w okulary, to dopiero po dłuższej chwili się zorientowałam, co się naprawdę dzieje. Z wylotu butelki bulgotał gejzer, który kończył swoją podróż na suficie. Trwało to nadspodziewanie długą chwilę, zważywszy pojemność tej butelki. Mam na myśli, że tam w środku nie było tyle, ile wyleciało.
Żur chlustał na szafki, na ściany, na naczynia, suszące się koło zlewozmywaka no i na mnie oczywiście, a ja stałam i patrzyłam. Minął czas jakiś, zanim wydobyłam z siebie głos.

Odsiecz przybyła z odkurzaczem i zaczęła od zebrania kapiących kluchów żurku z sufitu i ścian, a potem ja ruszyłam ze ścierą. Nakapało z tych sufitowych sopli do blach do ciasta, które mam wysoko na szafkach kuchennych, na stół, na kuchenkę, na podłogę; wszędzie, wszędzie połyskiwały żurkowe rzygowiny.
Powycierałam z grubsza, zmyłam podłogę, zmyłam siebie i leżę w łóżku.
Rozmyślam. Nie wierzę.

Żurku chyba nie można tak szczelnie zamykać na długo, żurek musi oddychać.

Komentuj (13)

10.06.2009 (20:47)

Z powodu, że jestem wykończona psychicznie, zaplanowałam sobie na jutro relaks. Testosteronom kupiłam mięso i warzywa na obiad, a sama po śniadaniu wybywam do Ustki. Meteorogram zwiastuje sprzyjające warunki, wezmę polar, jakieś pareo, książkę i worek na bursztyny i będę się tam zajmować sobą, a także pośpię trochę na plaży i podsumuję całość rybą w smażalni. Rozważam halibuta.
To powinno mi dostarczyć wielonienasyconych kwasów tłuszczowych oraz sił potrzebnych do dalszego życia.
Bo na razie odczuwam ich wyraźny niedobór.

Młody chodzi o kulach używając rękawic kolarskich, bo go łapy bolą. Po schodach schodzi po dwa schodki oczywiście, więc jak spadnie na ryj i złamie sobie jeszcze coś, to naprawdę będzie problem. I mówi, że takie chodzenie o kulach, to jak siłownia, na rzeźbę dobrze robi. Głupol, klata mu się rozbuduje, ale łydki mu zanikną.

No i rekrutujemy się. Poszedł dziś do liceum o kulach, a starzy (znaczy ja ze Starym) nieśli za nim podanie, bo przecież sam to musiałby je w zębach trzymać.


W kuchni nadal pachnie żurkiem i okazało się przy świetle dziennym, że sufit trzeba będzie poprawić.

Komentuj (3)

13.06.2009 (18:51)

Uszyłam poduszki-hipcie (Muminki?) z materiału, prezentowanego w jednej majowej notce. Będą z nami podróżować do Hiszpanii.
Tak wyglądają z góry:





Tak wyglądają od strony hmmm... twarzy:





A oto portret pary:



Komentuj (6)

19.06.2009 (18:03)

Dziś przekonałam się, że świat stoi przede mną otworem (a swoją drogą, co to za kretyńskie sformułowanie: "stać otworem", bleee).

Otóż zmartwiona sprzecznymi informacjami na temat dostępu/braku dostępu do internetu w naszym hiszpańskim hotelu, wysłałam dziś maila na adres tegoż hotelu z pytaniem, czy jest, czy go nie ma, oraz czy płatny, a jeżeli, to ile. No i otrzymałam odpowiedź, że owszem jest i że bezpłatny w sali recepcji.
No i normalnie po angielsku to wszystko było. Znaczy, oni mnie zrozumieli, o co ja pytam, a ja zrozumiałam, co oni do mnie napisali.

Robię znów w tym roku dużo nowych rzeczy; uwielbiam robić coś, czego jeszcze nigdy nie robiłam, zawsze się najpierw tego boję i taka gula wędruje mi w górę od żołądka (ale jakby drogami oddechowymi, a nie trawiennymi).
No więc najpierw się boję, no bo wiadomo, stara już jestem. Ale potem, jak już to zrobię, to się ciesze, że zrobiłam i że może jednak nie taka stara...

Jedną z tych nowych rzeczy jest fakt - i muszę to tutaj odnotować - że zaczęłam w tym roku nosić glany i spodnie.
Ale nie razem.

Komentuj (7)

20.06.2009 (19:29)

Wczoraj i dziś realizowałam się w kuchni do tego stopnia, że mnie teraz przeszywają ostre bóle wzdłuż i wszerz pleców i mam wrażenie, że zaraz siadamy do wigilijnej wieczerzy.

Narobiłam żarcia mojemu dziecku kalekiemu, co to zostaje z gipsem na nodze i z psem na głowie oraz z rekrutacją w toku. Do jego klasy zarejestrowało się 50 osób na 31 miejsc. No nic, poczekamy, zobaczymy.

Pozamrażałam całe to żarcie w litrowych pudełkach po lodach.
Jakie to szczęście, że jemy tyle lodów (polędwiczki wieprzowe z brokułami - 2 pojemniki, bitki wołowe - 2 pojemniki po 4 szt., gulasz wieprzowy z marchewką - 1 pojemnik, pieczarki duszone - 1 mały pojemnik (półlitrowy znaczy), bakłażany duszone w plastrach - do dwóch obiadów, buraczki gotowane tarte - do dwóch obiadów).
I upiekłam jeszcze schab i boczek, no bo coś na drogę przecież też musimy zabrać.
Na balkonie w garze kamiennym młode ziemniaki, główka kapusty, główka sałaty lodowej. W garnku kamiennym w kuchni nastawione 2 kg ogórków małosolnych.
Na mordę padam.

Komentuj (3)

23.06.2009 (21:51)

Owszem, owszem, jak widać, jest dostęp do sieci w naszym hotelu.

Wczorajszy dzień upłynął pod znakiem ekscytujących doznań podróżniczych ale i towarzyszącego stresu i zmęczenia. Najpierw sześć godzin autokarem do Berlina, potem lot Berlin – Barcelona i autokar z Barcelony do Lloret de Mar. Kto będzie leciał liniami Airberlin, niech pamięta, że kawa, herbata, soki i kanapki są w cenie biletu.



W hotelu po czynnościach regeneracyjnych zaliczyliśmy wspaniałą kolację i spacer rozpoznawczy po najbliższej okolicy. Piasek na plaży jest gruboziarnisty, wygląda jak kasza z drobnych kamyczków i trudno się po nim chodzi, bo nie tworzy on jednolitego podłoża nawet tam, gdzie jest stale mokry. Spacer wzdłuż plaży to ciężka praca, kasza rozjeżdża się i stopy zapadają się głęboko przy każdym kroku. Na plaży obfitość gołych biustów, a nawet nie tylko.





Wieczorek zapoznawczy pozwolił zamknąć ten pieprzony poniedziałek. Było piwo i wódka, z dziesięć osób dzielnie walczyło do końca a koleżanka Asia nawet wyszła do wiwatujących tłumów.



Hotel do wytrzymania, pokoje o zróżnicowanym standardzie, widać, że niektóre po remoncie ale niektóre zdecydowanie przed. Nam trafił się taki z drugiej grupy, ale nie narzekamy. Mamy balkonik z fotelikami i piękny widok z okna.



Pogoda cudna – nie żadne tam upały, tylko kulturalne dwadzieścia sześć. Da się żyć.

Komentuj (4)

27.06.2009 (10:10)

Czwartek
Dzień, którego pierwsza część upłynęła mi pod znakiem hercklekotów, dostanie się Młody do LO w pierwszym etapie rekrutacji, czy nie. Parę minut po dwunastej wiedziałam juz, że jest OK, można się rozluźnić i pogratulować.

Trochę sie podsmażyłam nad hotelowym basenem i przepłynęłam dwie długości, chociaż z tą zawartością żołądka, jaką się tu cały czas posiada, nie jest to proste.
Po obiedzie wyjechaliśmy do Barcelony, a tam przede wszystkim Sagrada Familia i Parc Guell. Gaudi zachwyca i przeraża zarazem. Nie zdawałam sobie sprawy, że to wszystko tam w środku tak wygląda. Nie zagłębiałam się nigdy dokładnie w informacje na ten temat, myślałam, że przynajmniej część kościoła jest już ukończona, wykorzystywana do celów religijnych, oddzielona chociaż jakoś umownie od tego, co jeszcze niedokończone...
A tu okazuje się, że to totalny plac budowy ze wszelkimi jego odgłosami i widokami, otoczony niesamowitą skorupą murów kościoła. Wszystko to razem nasunęło mi skojarzenia z jakimś filmem science-fiction, czy grą komputerową...

Parc Guell przepiękny. Staremu przez wzgląd na profesję zależało na obfotografowaniu jak największej liczby miejsc i zakątków, więc przepędził mnie jak psa w tym upale i w ciągu 50 minut zrobił 63 zdjęcia. Pięknie tam jest, to prawda, ale trzeba by mieć ze dwie godziny na spokojne pospacerowanie i pozachwycanie się.



A te krzaczory tu za mną, to rozmaryn:



Komentuj (0)

27.06.2009 (20:40)

Piątek był dniem, kiedy zmarzłam w Hiszpanii. Pojechaliśmy na górę Montserrat obejrzeć tamtejszy klasztor, a tam niespodzianka – chłodno i deszcz. Można było to przewidzieć, że wysoko w górach nieco inne panują warunki, no ale...
Wjazd wagonikiem szynowym po bardzo stromym zboczu, wcale nie był tak straszny, jak obiecywali.
Widok z góry przepiękny:



Wieczorna konsumpcja alkoholi na plaży podziałała rozgrzewająco.


Sobota, czyli dziś, to przedostatni nasz dzień tutaj. Kąpałam się w morzu. Znaczy w Morzu Śródziemnym.
Wspaniale się pływa, ale jak się ta słona woda dostanie do oczu, to szczypie, niestety. Po obiedzie popłynęliśmy statkiem do Tossa de Mar. Statek ze szklanym dnem, przez które można obserwować dno morskie - mocno przereklamowany.
Za to miasteczko jest urocze, pełne cudnych kawiarenek w urokliwych miejscach między murami kamiennego zameczku, na przykład taka, z glicyniowym dachem:



A to pień tej glicynii:



Komentuj (0)

29.06.2009 (14:29)

A po powrocie:
-kurzu wszędzie na centymetr grubo
-brzózka na balkonie ma żółte liście (przesuszona)
-bratki w fatalnym stanie (oberwałam z nich z kilogram przekwitłych kwiatów)
-między doniczkami łyżeczka i karton po soku pomarańczowym
-oderwana deska od łoża małżeńskiego (hmmm...)
-wszystkie pieniądze przepuszczone (a myślałam, że zostanie; mam stąd naukę na przyszłość, jak widać w każdym wieku można się jeszcze czegoś nauczyć)
-blaty w kuchni kleją się od brudu
-dwie zaschnięte filiżanki po kawach w sypialni (Kaśka, na drugi raz kopnij ją w dupę, to umyje!)
- w łazience wyschnięte pranie, które wygląda, jakby jednego dnia było wyprane, a drugiego wyjęte z pralki (Młody mówi, że aż tak, to nie, ale i tak będzie miał warsztaty z prasowania)
-zgniłe róże stoją w wazonie w przedpokoju

c.d.n. (bo jeszcze na pewno wszystkiego nie wykryłam)


Witaj, prozo życia!

Komentuj (3)
Blogi
Barbarella
Pierwsza
Talenty
CudaMerigold
Dulbeb
Gunia
Lunia
Stary
Młoda
Jedzonko
Pesto
Wypieki
Ogród
Kompostownik
Róże (ang)
Róże (pol)
Róże (rus)
Na drutach
Drops
E-dziewiarka
IK blog
Ravelry
Reszta Świata
Janda
Janerka
Kazik
MariaPeszek
Nohavica
Przemyk
WOŚP
Pińczów