Rodzynki wydłubane z życia...

Goście

Archiwum
2018
2017
2016
2015
2014
2013
2012
2011
2010
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2009
2008
2007
2006
2005

FB
Poczta
Bank1
Bank2

Allegro
Avon

YouTube
Drzewo

statystyka
e-mail
RSS

Logowanie

Bibliografie

BLOG MAMOFYEN                                         To, co się jeszcze nie wydarzyło, można zmienić.


02.06.2010 (06:55)

Pudła, worki, kartony, szuflady...
Przeprowadzka trwa.

Komentuj (0)

05.06.2010 (12:57)

3 czerwca, czwartek, to był dzień czternastogodzinnej wyprowadzki. Ja pakowałam kartony i przygotowałam do odbioru to, co miało pozostać w mieszkaniu, a chłopcy demontowali meble, wynosili to wszystko, wywozili i wnosili już na miejscu. Tego dnia zakończyliśmy wywózkę wszystkich naszych rzeczy, a w piątek rano nastąpiło już tylko przekazanie kluczy nowym właścicielom.
Ze zdjęć, robionych podczas pakowania i potem, po wprowadzeniu się już tutaj, zrobiłam dwa duże foldery: „znikanie” i „powstawanie”. O ile pierwszy jest folderem zamkniętym bezpowrotnie, to drugi zapowiada się całkiem rozwojowo.

Poznajemy dom; jest niesamowity pod względem termicznym – na górze, pod nieocieplonym dachem jest zawsze tak, jak na zewnątrz – w upalny dzień gorąco, a wieczorem i w nocy zimno. Mam nadzieję, że zwiastuje to ciepłe zimowe wieczory w domowym zaciszu.
Dół zaś jest odwróceniem tego, co na zewnątrz; co ciekawe, kiedy się schodzi w zimny wieczór po schodach z góry na dół, w pewnym momencie odczuwa się zdecydowaną zmianę z „zimno” na „ciepło” i to mimo tego, że klatka schodowa jest całkiem odsłonięta i nie ma stropu między górą a dołem. Po prostu schodzi się, i w pewnym momencie jest ten punkt, że nogi są już w strefie ciepłej, a głowa jeszcze w zimnej. To chyba wbrew prawom fizyki... Czyż całe ciepło nie powinno uciekać do góry?
I jeszcze z cyklu: „to niesamowite”: pod podłogą pokoju Młodego robotnicy znaleźli podczas remontu małe dziecięce buciki ze skóry i drewna, podziurkowanego przez korniki. Wyglądają trochę, jak chodaki skandynawskie, co mi się od razu skojarzyło z Andersenem. Drewniane podeszwy są płaskie, a nawet pod piętami ścięte; skóra wierzchu łączona jest z drewnem gwoździkami.
Skąd się tam wzięły? Jaka jest ich historia? Wyglądają, jakby pamiętały dziewiętnasty wiek.

Śpimy juz od razu w pokoju, który ma być naszą sypialnią i próbujemy się jakoś zorganizować w tych warunkach, które są. Pan szef od remontu, wczoraj z lekka przez nas przyciśnięty na okoliczność swojej organizacji pracy, obiecał zamknąć działania z końcem przyszłego tygodnia. No zobaczymy...

Tymczasem... nie ma łazienki, nie ma kuchni. Zorganizowaliśmy prowizoryczną obsługę przewodu pokarmowego na wejściu (lodówka, kuchenka gazowa, podręczny stolik w jadalni) i na wyjściu (pod skosem strychowym: WC -normalnie kultura, ze spłuczką oraz umywalka - ciepła i zimna woda pomyka z wężyków). To, że nie muszę już korzystać z ToiToiki znacznie mi podniosło morale. Przygnębiająco działają natomiast przeogromne sterty gruzu, piachu, desek i innych materiałów porozbiórkowych z przodu i z tyłu domu.

Tymczasem, to, co daje siły, to że dom jest cały ocieplony, wszystkie okna są szczelne, piec CO się sprawdza i na razie nie ma potrzeby kupowania nowego.
Wymieniliśmy całość instalacji CO, wodnej i kanalizacyjnej, prawie skończona jest już nowa instalacja elektryczna.
W trzech pokojach na dole ułożone są deski podłogowe, chociaż jeszcze nie wycyklinowanie i nie polakierowane.
Dziś ruszyło układanie kafelków na ścianach łazienki.
Ogrzewanie podłogowe pod łazienką, sienią i kuchnią jest już gotowe i dziś zalewają tam ostatnie fragmenty posadzki. Stary mówi, że jak skończą te wylewki, to wreszcie będzie można jakoś tu posprzątać.

I ogród, który kipi zielenią i kolorami kwiatów - to jest to, co napełnia mnie energią nie do wyczerpania; podlewałam wczoraj gnojówką z pokrzyw pomidory, paprykę i winogrona pod folią; nazrywałam mięty i powiesiłam do wyschnięcia w cieniu pod śliwą, dziś po południu to samo zrobię z pokrzywami.
Po południu - bo ranek spędzam w szlafroku przed kompem. Oszczędzam paznokcie, bo dziś ślub Magdy i Jacka i muszę się jakoś przedzierzgnąć na godzinę w człowieka cywilizowanego. Karolinka udostępnia mi wannę o dwunastej, bo nie chciałabym, żeby podczas ceremonii rój much krążył nad moją głową. Mam nadzieję, że wrzucę też u niej te notkę.
W poniedziałek dzwonimy do pana od Internetu, więc myślę, że już niedługo wydobędę się z tych mroków średniowiecza.

Pies też się zaczyna identyfikować z miejscem. Wieczorem stała na najwyższym schodku przy drzwiach wejściowych i wykonywała rytualne oszczekiwanie terenu. Pies z sąsiedztwa „hau, hau, hau” i ona w odpowiedzi: „hau, hau, hau”. I tak na zmianę...

Komentuj (1)

13.06.2010 (21:20)

"Michael otworzył drzwi, uśmiechnął się i zaprosił gościa do środka..."
C.d.n.
(już jutro szczegóły finezyjnej narracji z mojego sobotniego writingu!)

Przeżyłam w minionym tygodniu przeprowadzkę, anginę ropną na placu budowy i egzamin FCE.
Będę żyć.

Komentuj (5)

17.06.2010 (21:58)

Michael otworzył drzwi, uśmiechnął się i zaprosił gościa do środka...
Była to starsza kobieta około sześćdziesiątki, o siwych włosach, ubrana bardzo oficjalnie. Weszła i rozejrzała się dookoła (to look around!). „Czy ty jesteś Michael Johnson?” – zapytała. „Tak, proszę pani” – odpowiedział Michael i zaraz dodał: „Proszę wejść i usiąść”.
Zaprosił ją do przestronnego (spacious!), zalanego słońcem (sun-drenched!) pokoju  i usiedli w wygodnych fotelach.
Dzień był piękny, tylko małe chmurki płynęły po niebie.
Spotkanie zapowiadało się ciekawie ze względu na osobę gościa. Była to siostra dziadka Michaela, która uważana była w rodzinie za zaginioną podczas Drugiej Wojny Światowej. Ostatnio postanowiła ona jednak odnaleźć swoich krewnych i udało jej się to (to succeed!).
Michael bardzo się cieszył na to spotkanie, bo po śmierci dziadka przed paroma laty kobieta była jedyną nicią, łączącą go z historią rodziny.
Siedzieli tak i siedzieli, rozmawiali i rozmawiali, oglądali zdjęcia, a na koniec obiecali sobie,
że teraz już będą utrzymywać stałe kontakty (to keep/to stay in touch!). Na koniec Michael zapytał, czy może ją nazywać babcią.

Kobieta się zgodziła.

- O ja pikolę - powiedziała Edyta, kiedy jej to streściłam pod drzwiami po wyjściu z writingu. - I ty to TERAZ TAM wymyśliłaś?!


A tak poza tym - remont trwa i coraz więcej przejawów cywilizacji wyłania się z gruzów. Kuchnia i łazienka przybierają powoli oczekiwany wygląd - jest już nawet wanna i można się umyć w jednym kawałku, a w kuchni wymurowane są wszystkie ceglane ścianki pod zabudowę. Pięknie wyglądają też ułożone na podłogach płytki tarasowe w trzech kolorach - szare w kuchni, czerwone w sieni i beżowe w łazience.
Gospodarstwo jakoś powoli ruszyło, codziennie robię pranie w pięknej mojej strychowej łazienko-pralni, dziś nawet powiesiłam je w ogrodzie (tylko, cholera, zapomniałam zdjąć przed nocą!).
Szkoda, że nadal nie wiem, gdzie jest otwieracz do konserw, bo mam ochotę na tego tuńczyka z lodówki.

Pszczoły się nam wyroiły i Andrzej strząsał je dziś do wora. Dokumentacja fotograficzna zrobiona.
Ładnie powschodziły warzywa, kwitną maki, łubiny i liliowce, pomidorowe krzaczory są wielkie jak ruskie czołgi. Kończy mi się gnojówka z pokrzyw, muszę nastawić nową.
A, no i pies został wykąpany w wannie, dzięki czemu waży od razu pół kilo mniej.

A ja chodzę wciąż po domu i po ogrodzie i robię te zdjęcia. Na przykład tak wygląda ściana w sieni z drzwiami do pokoju Młodego. Myślę o biletowaniu zwiedzających przed pokazywaniem im tej ściany.




Komentuj (5)

19.06.2010 (23:01)

Tak pracowitego dnia już dawno nie miałam.

Z rana wybrałam się na wieś z silnym postanowieniem namierzenia obwoźnego sklepu z pieczywem, ale nic mi z tego nie wyszło. Potem się dowiedziałam, że sklep był we wsi, więc tym bardziej – porażka. Musze poćwiczyć. Jutro przyjeżdżają lody, więc podejście drugie wskazane.
Potem wkroczyłam do ogrodu i tam już zostałam do nocy. Najpierw przez jakieś trzy godziny usuwałam z brzoskwiń liście, porażone kędzierzawością. Stałam na drabinie z sekatorem zatkniętym za pas na przemian z piłą, zrywałam te liście, ucinałam suche gałązki... I tak obrobiłam trzy drzewka. Teraz to wszystko trzeba spalić, bo to choroba grzybowa i nie ma żartów. Znalazłam w necie przepis na wodny wyciąg z całych roślin krwawnika, którym po rozcieńczeniu opryskuje się brzoskwinie właśnie przeciw kędzierzawości. Już nastawiłam, ma naciągać 24 godziny, a potem mam zamiar wypróbować.
Porobiłam sobie porządne paliki do pomidorów, piłując piłką długie tyczki na trzy części i podwiązałam dziś wszystkie pomidory z mojej „miastowej” rozsady, bo rośliny są już potężne i nie trzymały się na tych patyczkach, do których je podwiązałam, jak jeszcze były małe.
Poszłam potem za ogród na pokrzywy i nastawiłam nową gnojówkę; przedtem starą wykorzystałam do ostatniej kropli, podlewając ogórki, marchewkę, pietruszkę i dynię.
Potem zajmowałam się kwiatami, poodchwaszczałam niektóre rabaty, no przynajmniej tak po brzegach. Ta dżungla, która tu już buzuje w każdym zakątku ogrodu wymaga czym prędzej ogrodnika całodobowego – i to ja nim będę, niech no tylko się zaczną wakacje!
Wysadziłam też przed frontową ścianą domu i przy szopie rozsadę malw, które posiałam kiedyś tam i właśnie już ładne urosły. Przy okazji przycięłam suche gałęzie ognika, który jest bestią złośliwie i drapieżnie kolczastą i zdecydowanie nie współpracuje. Wydłubałam też z ziemi cebulki tulipanów i szafirków (ale tylko z dwóch stanowisk, więc tak naprawdę, to wstyd wspominać). Rozłożyłam do przeschnięcia w drewnianej skrzyneczce, którą znalazłam w drewutni. Tak naprawdę, to tu wszystko można znaleźć, jak się dobrze poszuka.
Wyprałam też dwie pralki prania i porozwieszałam w ogrodzie.

Mamy, niestety, problemy - zepsuł się samochód i stoi w warsztacie, czeka nas wymiana silnika i zastanawiamy się też nad wymianą tego samochodu na coś bardziej pospolitego i łatwego w utrzymaniu. Zakupy weekendowe przytargaliśmy na dwie tury PKSem. Mam nadzieję, że znajdziemy jutro jakąś dobrą duszę, która podwiezie nas na wybory. Nasze dwa głosy to nie w kij dmuchał!

Stary posprzątał po ekipie, żeby przeżyć jakoś po ludzku ten weekend, zmył porządnie wodą schody wejściowe i podwórko, zamontował zlewozmywak i baterię w kuchni. Cóż to za szczęście – móc umyć kubek w kuchni, zamiast lecieć z nim na piętro po schodach, które mają każdy stopień innej szerokości i innej wysokości!

Andrzej namawia nas na hodowlę pszczół; mówi, że pomoże, doradzi. Nie powiem, żeby nas to nie kusiło. O ile hodowla wszelkich zwierząt wiąże się nierozdzielnie ze smrodem, to w przypadku pszczół zdecydowanie na odwrót!


A tak wygląda mały wsiowy burek, na straży drzwi do sypialni:


Komentuj (8)
Blogi
Barbarella
Pierwsza
Talenty
CudaMerigold
Dulbeb
Gunia
Lunia
Stary
Młoda
Jedzonko
Pesto
Wypieki
Ogród
Kompostownik
Róże (ang)
Róże (pol)
Róże (rus)
Na drutach
Drops
E-dziewiarka
IK blog
Ravelry
Reszta Świata
Janda
Janerka
Kazik
MariaPeszek
Nohavica
Przemyk
WOŚP
Pińczów