Rodzynki wydłubane z życia...

Goście

Archiwum
2018
2017
2016
2015
2014
2013
2012
2011
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2010
2009
2008
2007
2006
2005

Fb
Poczta
Bank1
Bank2

Allegro
Avon

YouTube
Drzewo

statystyka
e-mail
RSS

Logowanie

Bibliografie

BLOG MAMOFYEN                                         To, co się jeszcze nie wydarzyło, można zmienić.


01.06.2011 (20:33)

Już kiedy byłam licealistką wiedziałam, że kiedyś będę miała dzieci i już wtedy tego chciałam. A na fizyce razem z Beatą wymyślałyśmy imiona dla naszych przyszłych córek... w zasadzie właśnie to nam chyba na fizyce najlepiej wychodziło.

Straszne rzeczy przeżyłam, żeby wreszcie mieć te dzieci, ale w końcu się udało, a teraz oboje są już dorośli. Przez całe życie angażowałam się w ich wychowywanie i we wszystkie sprawy z nimi związane bez żadnej taryfy ulgowej. Teraz po latach czasem myślę, że za bardzo się spinałam i że mogłam trochę odpuścić w niektórych sprawach.
Ale zawsze sobie myślałam, że przecież dzieci są z rodzicami tak krótko, że wychowujemy je nie dla siebie, tylko dla świata i ważne jest, żeby kiedyś dobrze w tym świecie funkcjonowały, żeby miały wokół siebie życzliwych ludzi, żeby ten świat ich po prostu polubił.

Dziś w Dniu Dziecka dziękuję moim dzieciom za to, że są i za to, jakie są. Dziękuję im za to, że nie wstydzą się obcałowywać mnie na ulicy i że powierzają mi swoje sekrety „od serca”, a czasem nawet proszą o radę w sprawach, o których właściwie mogłyby mi wcale nie mówić.

Moje dzieci są największym szczęściem mojego życia i moim spełnionym marzeniem.

Komentuj (3)

06.06.2011 (21:31)

Koniec maja upłynął pod znakiem rozbiórki szopy, a właściwie tylko jej części. Była sobie szopa taka oto (od prawej: garaż, szopa ogrodniczo-techniczna, drewutnia, druga drewutnia).



Wyraźnie było widać, że do starej szopy, która powstała z przykrytego dachem szachulcowego budynku bramnego, ktoś kiedyś dobudował jeszcze kawałek. Kawałek ten przykryty był już innym dachem i krzywy był całkiem, nie da się ukryć. Stary postanowił ten kawałek rozebrać, dzięki czemu dało się odtworzyć zgrabny kształt pierwotnej szopy trzyskładnikowej, że tak powiem.
Poszczególne fazy rozbiórki poniżej.







Szczytowej oryginalnej ściany szachulcowej, nie udało się uratować. Była bardzo zniszczona i rozsypywała się dosłownie na kawałki, a drewno było zupełnie spróchniałe. Nowa ściana szczytowa powstała z desek nabijanych poziomo na zakładkę; jeszcze nie jest dokończona, ale już mi się podoba.



Teraz z okna jadalni widać studnię i wielki krzew białego bzu, które kiedyś były zupełnie zasłonięte przez tę szopę.
Co prawda widać też bardziej z ogrodu posesję sąsiada, ale to tylko chwilowo, dopóki w sierpniu nie ruszy kolejna faza trasplantacji krzewów i przekształcania ogrodu „po naszemu”

Muszę jeszcze dodać, że szopa przykryta jest eternitem, ale właśnie dziś dostaliśmy pismo z powiatu, że otrzymujemy zgodę na usunięcie tegoż przy pomocy uprawnionej firmy. Jest to odpowiedź na naszą prośbę o umożliwienie skorzystania z programu usuwania pokryć azbestowych, o którym informacje wyguglałam jakiś czas temu.

Komentuj (0)

06.06.2011 (21:51)

Na skutek selekcji prawie naturalnej, nasze stado kur zmalało do czterech kurek bez koguta. Trzeba było się więc rozejrzeć za nowymi, tym bardziej że ze spodziewanych zielononóżek nic nie wyszło. I tu jak na zawołanie pojawiło się ogłoszenie na słupie koło sklepu w naszej wsi. W jego treści proponowano w sprzedaży obwoźnej młode kurki łamane prze nioski łamane przez kokoszki – i mam wrażenie, że te trzy pojęcia były stosowane wymiennie. Podano wiek proponowanych kur - czternaście, szesnaście i osiemnaście miesięcy oraz ceny uzależnione od wieku.
Stanęłam jak wryta i próbowałam dociec, jak się mają kokoszki do niosek, czy to jest to samo, czy też całkiem coś innego. Czy na przykład kokoszki to te najstarsze nioski, i czy pojęcie „młode kurki” odnosi się do tych wszystkich kur, czy też tylko do niektórych z nich. No bo właściwie, to chyba pojęcie „nioski” też odnosi się do nich wszystkich... Słowem – ciekawa byłam, czy te zbiory są rozłączne, czy też nakładają się na siebie przynajmniej fragmentami.
Nie doszłam do żadnych sensownych wniosków i zamówiłam telefonicznie sześć kur, w tym dwie starsze, co już znoszą jajka (tańsze!) i cztery młode, co to lada chwila zaczną (droższe!).
Że też oni do tego ogłoszenia nie zrobili porządnej tabelki!

Za to na dole kartki podana jest informacja, że: „sprzedaż pod sklepem od godziny 15.40, możemy się spóźnić, ale będziemy na pewno, proszę czekać”. To jest dopiero szacunek dla klienta.

Komentuj (8)

08.06.2011 (22:13)

Jakieś blade chude ptaszki mieszkają u nas na akacji i w cisach na tyłach domu.
Czik-czik, czik-czik – słychać przedwieczorną porą z akacji. To znak, że Dziunia siedzi na płaskim daszku naszej sypialni i straszy ptaszki.
Czik-czik, czik-czik – słychać na drugim końcu domu. Teraz Dziunia straszy ptaszki na starej renecie, której gałęzie leżą prawie na dachu.
Ten charakterystyczny ptasi głos ma chyba za zadanie przestraszyć Dziunię, albo przeciwnie - przyciągnąć jej uwagę: zjedz mnie, zjedz mnie, tylko nie zbliżaj się do moich dzieci!



Akacja się odrodziła, wypuściła wszędzie nowe liście i jest piękna, jednak ma w tym roku bardzo mało kwiatów. Kiedy przyszedł ten mróz majowy, przemarzły jej wszystkie młode liście oprócz kilku kępek w środkowej części drzewa, przy najgrubszych konarach. I teraz właśnie te kępy pokryły się kwiatami; śmiesznie to wygląda – takie czarcie miotły akacjowych kwiatów. Ej, chyba nie czarcie, chyba anielskie...
Próbowałam zrobić zdjęcie, ale jakoś mi się nie udało pokazać tego efektu.

Komentuj (0)

09.06.2011 (19:21)

Obserwuję w mojej najbliższej rodzinie otępienie, gnuśność i zapóźnienie cywilizacyjne.

-Spisałaś się powszechnie przez Internet? - pytam Młodej (praca przy komputerze, w sieci, osiem godzin codziennie).
-Eeee, jeszcze nieee – odpowiada takim tonem, jakby właśnie, właśnie, już miała to robić, ale coś jej przeszkodziło (ma tę manierę po Starym).

-Spisz się dla dobra kraju – mówię przy obiedzie do Starego, a ten tylko uśmiecha się pobłażliwie.

Nie mówiąc już o Młodym, który swoje prawa obywatelskie nabył był dopiero co i nie ogarnia tych ogromnych możliwości, w posiadaniu których się znalazł. No, może z wyjątkiem kupowania alkoholi za okazaniem paszportu.

My zaś z matką moją, jako kobiety światowe, spisałyśmy się już dawno i nie będzie tu żaden rachmistrz pluł nam w twarz! I naprawdę trwało to za każdym razem marne parę minut.

-Zobaczycie - mówię do Testosteronów – przyjdzie do was rachmistrz i ludzie pomyślą, że nie umiemy korzystać z netu. I będzie wstyd na całą wieś.

Komentuj (6)

15.06.2011 (12:24)

Nowe kury przyzwyczajają się powoli. Umieściliśmy je w domku adaptacyjnym, żeby się przyzwyczaiły do nowego otoczenia. Mają tam dwa pokoje, połączone przejściem – do spania i do grzebania pazurami. Ze starymi kurami kontaktują się na razie tylko wzrokowo, przez ścianę z siatki, ale przez cały dzień mogą się wzajemnie obserwować.
Widać wyraźnie, że te nowe kury były wcześniej stłoczone i nie miały możliwości swobodnego dreptania. Są wciąż jeszcze wystraszone; na początku nie chciały korzystać z obu swoich pomieszczeń i Stary musiał je na noc przepychać tym przejściem do sypialni, żeby spały jak należy, czyli na grzędzie, a nie na glebie.
Jakby je tak bez żadnej adaptacji wypuścić na ten nasz ogromny kurzy wybieg, to chyba od razu by zwariowały.

Kupiliśmy cztery młode kurki, które jeszcze nie znoszą jajek i dwie niewiele od nich starsze, ale już owszem. Te starsze znoszą czasem jedno jajko, a czasem dwa.
Nie są ładne, nie oszukujmy się, jakieś takie blondyny, w porównaniu z zeszłorocznymi. Osiągnęliśmy już wreszcie ten stan, że mamy tylko te kury, które sami kupiliśmy.

A przy okazji muszę się przyznać: nie miałam pojęcia, że kury znoszą jajka rano. Na przykład na początku zaglądałam do kurnika też popołudniami, czy jakieś jajko nie przybyło, a teraz już wiem, że to zupełnie bez sensu, bo jak nie zniosą do południa, to już nie zniosą.
I chociaż brzydzę się tych kur i unikam ich, jak tylko mogę, to wyjmowanie świeżego jajka z gniazda jest bardzo przyjemne. Czasem jest ono jeszcze ciepłe i wtedy przed włożeniem do lodówki kładę je najpierw na parapecie kuchennym, żeby wystygło.
Zawsze wtedy myślę o czasach, kiedy byłam małą dziewczynką i podczas wakacji babcia wysyłała mnie do kurnika, żebym sprawdziła, czy są nowe jajeczka.

Komentuj (1)

19.06.2011 (19:59)

Byli u nas Meri i Bies i spędziliśmy razem weekend. Trochę pogadaliśmy, trochę pojedliśmy i popiliśmy, było miło i spokojnie. Wybraliśmy się też na spacer do lasu i na przejażdżkę do starego mostu kolejowego.



Narobili masę pięknych zdjęć, również krowie, której mleko kupujemy od paru miesięcy. Podchodzili do niej nieśmiało, nie wiedząc, czy ktoś nas zaraz nie pogoni, bo właściwie wleźliśmy na czyjś teren. Ale im powiedziałam, żeby się nie martwili, bo ja tych ludzi przecież znam, a w razie czego powiem im, że przyjechali do mnie warszawiacy i chcą podejść bliżej, żeby zobaczyć, gdzie właściwie w krowie znajduje się to mleko.



No i jak to warszawiacy, fotografowali też robaki na drzewie i krople wody na kapuście, pliszkę na balustradzie i kota na dachu. Przy tej okazji nauczyli mnie rozpoznawać pliszkę i teraz już wiem, że ten ogonek, co to każda pliszka swój chwali, jest cienki i ruchomy. Zresztą, cała pliszka jest cienka, bo okazuje się, że te blade chude ptaszki, o których pisałam niedawno, to są właśnie pliszki...



Wszystkie zdjęcia robił Bies :)

Komentuj (6)

22.06.2011 (17:11)

A to co? A to kto?



A to Młody, przeziębiony i kaszlący, a przede wszystkim zdrożony rokiem szkolnym, który szczęśliwie się już był zakończył. Zatabletkował się i już był prawie w swoim łóżku... ale chyba stwierdził, że to będzie lepsze miejsce na chorowanie.



Nareszcie wakacje. Pociągiem do domu turkocze się Młoda, Stary wędzi, Młody śpi jak powyżej, a ja zaraz idę oporządzać ogród. W takim wielkim ogrodzie, to ja mogę sobie wyplewić niektóre miejsca i tego się trzymam.
Ogród warzywny i rabaty kwiatowe są pod kontrolą. Reszta - dżungla.

Mój warzywnik w tym roku to prawdziwy powód do dumy. Cukinie i kabaczki są przeogromne, rośnie pięknie kapusta, pietruszka i kolejne pokolenia sałaty. Chyba przez całe życie nie zjadłam tyle sałaty, co w tym roku. Sieję co jakiś czas po rządku i potem rozsadzam, tak, że stale mam w ogrodzie trzy fazy jednocześnie - młodziutkie siewki, porozsadzane pojedynczo sadzonki i wielkie głowy do bieżącej konsumpcji. Groszek też już zajadamy, jest go dużo i wcale nie ma robali. Duże są już cebule - sadziłam czerwoną i żółtą.
Porażkę poniosłam jedynie z marchewką - zeżarła ją doszczętnie połyśnica marchwianka i musiałam powyrywać i wyrzucić całą grządkę. Dobrze, że mam jeszcze trochę w innym miejscu, może ta się chociaż uratuje. Poczytaliśmy już po szkodzie, że marchew lubi grządki na otwartej przestrzeni, z dala od drzew i krzewów, w których to właśnie mieszka ta połyśnica, więc już teraz przynajmniej znam przyczynę...

Na krzakach zaczynają się czerwienić porzeczki, mamy na bieżące podskubywanie trochę truskawek i będzie chyba dużo malin tej wczesnej odmiany. Czytałam, że aby zapobiec występowaniu kistnika malinowca (tak, to te białe robale w lipcowych malinach!) powinno się zadarniać malinowe zagajniki niezapominajką; parę dni temu powyrywałam więc całe kępy krzaczków niezapominajkowych, które są właśnie w fazie wysypywania nasion i rozrzuciłam je w malinach, co powinno dać efekt na przyszły rok.
Natomiast maliny jesienne są jakoś same z siebie nierobaczywe.

Dostałam wczoraj przepiękną różę w donicy, o bladych niebieskofioletowych kwiatach, które pachną oszałamiająco. Ta odmiana nazywa się Blue Day, ale w moim ogrodzie na drugie będzie miała Dorotka. Została już wysadzona do ogrodu, na różankę, która jest w trakcie tworzenia.

A tak się rozszalał jaśminowiec. Gdyby się tu jeszcze dało wkleić ten zapach...




Komentuj (2)

26.06.2011 (21:54)



Stary mi wczoraj odlatywał...

Rano poszedł do pszczół, bo przyjechał Andrzej z bieżącymi obrządkami i dalszą częścią szkolenia. Miał kapelusz z siatką, ale długie włosy mu z tyłu wystawały i tamtędy weszły pszczoły. Jako że nigdy nie był na jad pszczoły uczulony, co więcej – nie puchł nawet, a tylko miał przez parę godzin zaczerwienie w miejscu użądlenia, więc kiedy przyszedł do kuchni, spokojnie wyjęłam mu z karku żądło. Jeszcze też, zgodnie z radą tych, co się znają, palnęłam w łeb, żeby zatłuc kłębiącą mu się we włosach drugą pszczołę i poszedł z powrotem do uli.

Jednak kiedy wyszłam po chwili do ogrodu, szedł już z powrotem, mówiąc jakoś tak dziwnie, cichym urywanym głosem, czerwony i spuchnięty na twarzy, z obrzmiałymi łapami. Podniosłam zaraz panikę, a że po imprezie dnia poprzedniego byli jeszcze u nas niektórzy goście, to ruszyli szybko na pomoc.

Chłopaki porzucili demontaż przyczepy campingowej, odpalili samochód i już pakowaliśmy Starego do środka. A on – czerwony, drapiący się niepohamowanie, dygocące ręce... i tylko ten szept „chce mi się spać, strasznie mi się chce spać...” i już się rozglądał i już chciał chociaż usiąść na ławce, żeby móc już spać.

Maciek jechał jak Kubica, Piter dzwonił po pogotowiach, a na tylnym siedzeniu Młoda podtrzymywała ojca na zakrętach, bo osuwał się, jak wór kartofli. Na miejscu dostał zastrzyk dożylnie i domięśniowo i tam już fachowo się zabrali za uniemożliwienie mu zaśnięcia. Czekali jeszcze przez chwilę z przygotowaną adrenaliną, ale wyprowadziły go te dwa zastrzyki i już nie trzeba było.
-Już nam pan odpływał - powiedziała pani doktor.

Przywieźli go do domu i spał potem przez resztę dnia, a wieczorem wstał i już czuł się normalnie. Upiekłam biszkopt z truskawkami, oglądaliśmy film i myślałam sobie, że trzeba się w takim razie przeorganizować, porzucić myśl o pszczołach, bo przecież skoro żyliśmy do tej pory bez pszczół, to pożyjemy dalej.
Ale dzisiejsza ze Starym rozmowa uświadomiła mi, że on jest innego zdania.

Komentuj (5)

28.06.2011 (09:35)

Zajadamy pierwsze tegoroczne owoce z ogrodu - świdośliwa obsypana jest jagodami, ku radości mojej i ptactwa. Bardzo mi smakują te małe słodko-gorzkie owoce, ale konkurencja jest ogromna i w dodatku nie potrzebuje drabiny. Mamy też trochę truskawek z mojej małej grządeczki, zajadamy na bieżąco groszek, sałatę i wszelką zieleninę. Imponująco zapowiadają się cukinie i kabaczki. Mam też nadzieję na klęskę urodzaju fasolki - co dwa tygodnie dosiewam szparagówkę, a pnącą na podporach mam w dwóch miejscach i w trzech rodzajach!
Pomidory w tym roku posadziłam tylko coktailowe, a ogórki prowadzę pionowo, przywiązane do siatki, bo poczytałam, że są wtedy lepiej przewietrzane, nasłonecznione i szybciej obsychają po deszczu, a przy podlewaniu nie moczą się całe rośliny. No zobaczymy.

Młode kurki znoszą już jajka, takie malutkie na razie. Wczoraj było siedem jaj w kurniku. Zaraz wstaję robić jajecznicę na śniadanie i pokręcić się trochę po gospodarstwie. Wczoraj spędziłam caluteńki dzień w mieście, czego szczerze nienawidzę i uważam za żałośnie zmarnowany czas, szczególnie, że ten pobyt polegał na łażeniu po sklepach wszelakich.
A, ważna sprawa - budowa kanalizacji wiejskiej wchodzi dziś wreszcie na nasze podwórko.



Jutro wyruszam na coroczną wyprawę do ciepłych krajów, tym razem poza Unię, więc zdecydowanie zabieram laptopa do kontaktów z rodziną, żeby mnie telefonia komórkowa nie puściła z torbami.
W planach zabiegi relaksacyjne i regenerujące w łaźni tureckiej i nocny spektakl operowy w antycznym amfiteatrze. Jest też w programie dużo wysmażania się na plaży, ale tu zamierzam się oszczędzać. W tym roku jestem opalona już od marca, a nie cierpię bezczynnego wysmażania się na plaży. Co innego kąpiel i pływanie w ciepłym morzu!
W tym roku lecimy z gdańskiego lotniska, więc odpada najbardziej dla mnie uciążliwy etap podróży autokarem do Berlina. Za to zaliczyliśmy już dwie zmiany godziny wylotu, bo to Polska właśnie...

Chłopcy zostają na męskim gospodarstwie, ale na weekend Młody wyjeżdża. W maju skończył pierwszy etap szkolenia do Pokojowego Patrolu Owsiaka i jako jeden z pięciu uczestników swojej trzydziestoosobowej grupy zakwalifikował się do drugiego etapu. I teraz właśnie jedzie na ten drugi etap; po nim będzie już kadrą i instruktorem i jeszcze nie_wiadomo_czym. Jestem z niego dumna jak paw.

Stary zostanie więc sam i jakby miał w tym czasie jakieś głupie pomysły, obejmujące zadawanie się z pszczołami, to ampułko-strzykawka z adrenaliną jest już w lodówce.

Komentuj (3)

30.06.2011 (11:32)

Podoba mi się na takich wyjazdach to, że wypicie wielu kolorowych i radosnych drinków dnia poprzedniego nie przesądza o aktywnościach dnia następnego!

Dziś po śniadaniu zażywałam łaźni tureckiej i było to coś wspaniałego. Łaźnia turecka nazywa się hamam, a my byliśmy dziś w przybytku o nazwie „Harem Hamam”. Hmmm...

Najpierw grota solna: tak sobie – mdłe światło, zapach trochę stęchły, siedzi się na ławie jakieś kilkanaście minut. Może to i byłoby relaksujące, gdyby można było tam samotnie posiedzieć w ciszy, ale my wszędzie wchodziliśmy w kilkunastoosobowej grupie, więc co prawda sympatyczne śmichy-chichy i rozmowy, ale ogólnie to raczej zbyt dużo decybeli, jak dla mnie.
Potem przeszliśmy do sauny i tam nie wchodziłam, bo to z różnych względów raczej nie dla mnie i od razu wlazłam do basenu z wodą, z fajnymi gejzerkami w dnie, masującymi stopy. Ta woda wydawała się bardzo zimna, a podobno miała te szesnaście stopni.



Potem sauna parowa i tam już weszłam; zapach miętowej pasty do zębów, gęsta para i znów kilkanaście minut siedzenia na ławie.
Po łaźni parowej krótko basen z silnym jacuzzi i zaraz przeszliśmy do płytkiego basenu z błotnistą wodą ze żwirem; można tam było siedzieć lub leżeć w tej wodzie lub polewać się z miseczki rzadkim błotkiem wypływającym z fontanny.
Następna była piękna marmurowa sala z wielkim podgrzewanym podestem pośrodku. Tam się kładliśmy, a obsługa brała nas w obroty - polewanie wodą i masowanie szorstkimi tkaninami na leżąco na brzuchu i na plecach i na siedząco. Peeling był dla mnie na początku dość bolesny, przez ten silny ucisk mięśni, ale ogólnie wrażenie końcowe świetne. Pani, która mi to robiła wyglądała jak egipska niewolnica – ciemne sińce pod oczami, przeraźliwie chuda i żylasta, a silna jak tur. Na koniec szybki chlust-chlust miską wody nabieranej spod dwóch kraników, zimnego i ciepłego, tak że jednocześnie czułam na sobie strugi zimnej i ciepłej wody, jakby nie zdążyły się jeszcze wymieszać.
Potem na kamiennej ławie krótki masaż pachnącą pianą mydlaną, co chyba miało na celu po prostu domycie ciała po tych wszystkich poprzednich zabiegach i przygotowanie go do właściwego masażu.
Masaż właściwy odbywał się w indywidualnych kabinach, i trwał około dwudziestu minut; począwszy od palców stóp, powoli i dokładnie, najpierw na brzuchu, potem na plecach, to było coś nieopisanie przyjemnego. Szczegółów nie będę opisywać, ale to jest po prostu prawdziwy raj na tureckiej ziemi i po skończonym zabiegu bez namysłu pobiegłam z bakszyszem do pani masażystki.

Teraz leżę w pokoju hotelowym i wchłaniam olejki całą skórą. Kombinujemy z dziewczynami, żeby powtórzyć tę wyprawę jeszcze raz.

Komentuj (2)
Blogi
Barbarella
Talenty
CudaMerigold
Dulbeb
Gunia
Lunia
Stary
Młoda
Jedzonko
Pesto
Wypieki
Ogród
Kompostownik
Róże (ang)
Róże (pol)
Róże (rus)
Na drutach
Drops
E-dziewiarka
IK blog
Ravelry
Reszta Świata
Janda
Kazik
MariaPeszek
Nohavica
Przemyk
WOŚP
OKOpress
Pińczów