Rodzynki wydłubane z życia...

Goście

Archiwum
2017
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2016
2015
2014
2013
2012
2011
2010
2009
2008
2007
2006
2005

FB
Poczta
Bank1
Bank2

Allegro
Avon

YouTube
Drzewo

statystyka
e-mail
RSS

Logowanie

Bibliografie

BLOG MAMOFYEN                                         To, co się jeszcze nie wydarzyło, można zmienić.


03.06.2017 (13:04)



Minął maj, a ogród buchnął kwieciem i chwastami. Zakwitła i przekwitła rajska jabłoń, szybko się też uwinęły drzewka owocowe, co podobno świadczy o tym, że zostały należycie zapylone przez owady.
Teraz kwitną lilaki, zaraz będą jaśminowce i powoli zaczynają się już róże.

W maju mieliśmy w domu małą katastrofę budowlaną i Stary musiał wygrzebać wielką dziurę w ścianie ale już na szczęście jest po bólu. Szykuje się jednak kolejna rozpierducha, no ale jak się na bieżąco nie czyści rynien, to się później ma.

Mamy od dwóch tygodni nowy samochód, który co prawda też jest stary, ale nie tak stary, jak ten stary. No ale przynajmniej jest ładny i ma lusterko dla pasażera i wiele innych szykan.



Znów czytam - już po raz nie wiem który - moją ulubioną książkę, no ale tym razem... po rosyjsku. Dorwałam ją podczas jakiejś zimowej fejsbukowej akcji wymiany książek i teraz wreszcie trafiła w moje ręce. Czyta mi się tak samo cudownie, jak po polsku, oczywiście nieco wolniej, ale bez trudu. Od razu też, jak zawsze, mam ciągoty żeby w trakcie czytania na bieżąco rozrysowywać drzewo genealogiczne rodu Buendia.
Podwójna z takiego czytania przyjemność, a może i potrójna, bo miałam obawy, czy dam radę, czy mi jeszcze w głowie zostało dostatecznie dużo tego języka.
No i tak sobie z Burkiem polegujemy na ogrodowym łóżku i czytamy.

I w maju bezpowrotnie już pożegnałam Miasteczko.

Komentuj (0)

07.06.2017 (21:58)

Dziś był dziwny dzień - niby działy się rzeczy pozytywne, dające ulgę i spokój, ale z drugiej strony cały czas mam świadomość, że mogły się wydarzyć tylko dlatego, że najpierw był smutek i rozpacz, łzy i tęsknota. Czy to się nazywa dysonans poznawczy?
Ale chyba takie jest całe życie.

Na pocieszenie i ukojenie popstrykałam sobie trochę zdjęć pieskowych o przedwieczornej godzinie i kazałam sobie nalać wina do szklanki od piwa (ale mi przyniesiono w kulturalnej lampce).
Tak ładnie jest już teraz na frontowym podwórku...



Piję więc to wino, a Łysy świeci na niebie.

W ostatnim roku życia Mama bardzo się zachwycała księżycem w pełni. Mówiła, że on Jej poprawia samopoczucie, że nogi Jej nie puchną podczas pełni, że czuje się lepiej.
Czasem było go bardzo dobrze widać w naszych wsiowych ciemnościach, podczas tych różnych spektakularnych pełni stulecia, tysiąclecia czy pierdylecia, na których się nie z nam,
a o których głośno było w mediach. Wtedy przychodziłam do Niej i mówiłam: chodź, coś Ci pokażę.
I wsuwałam Jej rękę pod swoje ramię i zabierałam Ją na spacer przez jadalnię, kuchnię
i mroczne zakamarki sieni. I kiedy wreszcie docierałyśmy do okna sypialni, przystawałyśmy tam
i mówiłam: zobacz! A Ona podnosiła głowę, patrzyła, uśmiechała się i mówiła: jaki piękny!

Komentuj (6)

17.06.2017 (11:11)

Tydzień temu w piątek wieczorem Bogusia wyszła na nocne przygody i przepadła.

Łaziłam wczoraj znów po wsi i po polach i szukałam tej kici. Powiesiłam w sklepie ogłoszenie, powysyłałam zdjęcia komu trzeba i nic. Pytałam ludzi, ale były sprzeczne zeznania, że widziano kota a to żywego a to martwego, ale z różnych względów wszystkie wydają mi się niezbyt wiarygodne.
Choć wciąż mam nadzieję, to nie jestem zbyt dobrej myśli, bo to jest/była kicia-pieszczocha, taka włażąca na kolana, pozwalająca się przytulać i również przytulająca się, dająca się nosić na rękach... trudno mi uwierzyć że tak nagle zniknęła bo poszła sobie dokądś i że wcale nie tęskni za tym wszystkim.



Komentuj (2)

19.06.2017 (20:10)

Dziś dostałam informację o martwym kocie leżącym przy szosie w naszej wsi i szłam do niego półtora kilometra i myślałam po drodze, że jak to ona, to zostało mi tylko pomyśleć nad nią sześciosylabową mantrę bodhisattwy współczucia i zdjąć potem kartkę, która wisi w sklepie i zakończyć to wreszcie.
Ale to jeszcze na szczęście nie teraz.

A ludzie we wsi się dziwują:
O, to nawet ma pani zdjęcie!
(no rzeczywiście, któż by tam robił zdjęcia kotu)

Albo:
To rasowa chyba była?
(rasowa, znaczy - droga; ergo: warto szukać)

Komentuj (6)

23.06.2017 (18:13)

W tym roku będzie chyba bardzo mało miodu; pierwszy udój był skromniutki i mamy tylko cztery ule, wiec nie ma się co spodziewać cudów. Wczoraj pszczoły się wyroiły i usadowiły się wysoko na czereśni nad ulami, a potem nawet dały się stamtąd zdjąć i wsadzić do pustego ula. Jeśli tylko nie uciekną, to będzie piąta pszczela rodzina.
Żeby się do nich dostać, Stary musiał użyć bardzo długiej składanej drabiny i przeciąć sobie piłą drogę do roju pomiędzy konarami czereśni. Było trudno, ale się udało.

Urządziliśmy sobie przy ruince pod renetami letni pokoik i tam jadamy prawie wszystkie posiłki. Wieczorkiem wysiaduję tam z robótką.


Róże są w tym sezonie nad podziw okazałe i rekompensują ubiegłoroczne różane dziadostwo. W całym ogrodzie pachnie różami, gdziekolwiek się ruszyć, powiewają te cudne aromaty.
Nie wszystkie róże kwitną jednocześnie, ale tych czerwcowych jest najwięcej. W czerwcu zaczynają zarówno te, które powtarzają kwitnienie przez cały sezon, jak i te kwitnące tylko raz - najczęściej właśnie w czerwcu i lipcu.
Oto niektóre z moich pierwszych tegorocznych róż.

Therese Bugnet

Fredensborg Castle

Martha

Crocus Rose

Św. Tereska z Lisieux

Babcina NN

Rosa gallica tubylcza

Morden Blush

John Cabot

Stanwell Perpetual

Gipsy Boy

Pastella

Friesia

Komentuj (1)
Blogi
Barbarella
Etyka
NaWsi
Pierwsza
Talenty
CudaMerigold
Dulbeb
Gunia
Lunia
Stary
Młoda
Jedzonko
Pesto
Wypieki
Gospodarstwo
Biodynamicznie
Kompostownik
Róże (ang)
Róże (pol)
Róże (rus)
Reszta Świata
Janda
Janerka
Kazik
Nohavica
Przemyk
WOŚP
Pińczów