Rodzynki wydłubane z życia...

Goście

Archiwum
2018
2017
2016
2015
2014
2013
2012
2011
2010
2009
2008
2007
2006
2005
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

Fb
Poczta
Bank1
Bank2

Allegro
Avon

YouTube
Drzewo

statystyka
e-mail
RSS

Logowanie

Bibliografie

BLOG MAMOFYEN                                         To, co się jeszcze nie wydarzyło, można zmienić.


01.07.2005 (15:50)


No dobra, będzie nowa notka, choć to poczucie zawieszenia, które ostatnio mi towarzyszyło nie sprzyjało formułowaniu jakichkolwiek logicznych wypowiedzi.

Matura zdana, dziecko powysyłało już wszystkie papiery i teraz parę dni oddechu a 10 lipca rozpoczynamy objazdową wycieczkę rekrutacyjną po kraju. I w związku z tym 11 lipca będę z pewnością konsumowała lody orzechowe w Krakowie na Szewskiej. I spotkam się na pewno z Elfi, choć na chwilkę. A może i inne jakieś Krapeczki będą akurat miały czas...

A od 14 będziemy we Wrocławiu i tam też kilka miłych spotkań nas czeka, a dziecko czeka egzamin, miejmy nadzieję, że też miły.

A teraz kilka uwag, na temat nowej matury. Myślę, że jeszcze wiele wody upłynie, a wciąż nie wszystko będzie powiedziane na ten temat. Poczucie bezsilności jest okropne. To, że wszędzie, na każdym kroku widać to niedbalstwo, arogancję, brak szacunku dla tych, którym przyszło zmierzyć się z tą kretyńską reformą, trenowaną na nich od sześciu lat - i nic, nic nie można zrobić. To są tylko ogólniki, ale służę licznymi przykładami i myślę, że byłaby z tego świetna publikacja.

Mam nadzieję, że tych zboczeńców, przeprowadzających reformę edukacji od dupy strony spotka kiedyś zasłużona kara!


Komentuj (4)

02.07.2005 (09:05)


Wczoraj przegapiłam bardzo ważny termin i nie poszłam tam, gdzie miałam iść. Czekałam dwa miesiące, pamiętałam jeszcze poprzedniego dnia, a wczoraj - po prostu zapomniałam i poszłam na długi spacer z psem.

Poczucie własnej głupoty i zmarnowanej tak głupio szansy doprowadziło mnie do rozpaczy. Przepłakałam całe popołudnie.

Komentuj (3)

04.07.2005 (18:17)


Dziś to miałam ładowny dzień.

Po pierwsze (na plus): udałam się w miejsce, w którym miałam się zjawić w piątek o siedemnastej. I nawet nie kazano mi przedstawić zaświadczenia, że umarło mi pół rodziny i stąd moja nieobecność w Wyznaczonym Terminie.

Po drugie (na plus): pojechałam do pracy (chociaż nie muszę, ale taka jestem fajna) i przystąpiłam online do projektu unijnego, co grozi otrzymaniem 4 nowoczesnych stanowisk komputerowych z oprogramowaniem, drukarką i skanerem, jeśli organ prowadzący, czyli miasto, nie wypnie dupy i spojrzy łaskawym okiem (gdyż musi przyjąć na siebie pewne zobowiązania)

Po trzecie (na plus): wyrobiłam Juniorowi kolejną legitymację szkolną (tym razem nie wyprana, lecz zgubiona)

Po czwarte (niby na plus, ale jednak na minus): podpisałam w banku nową umowę o prowadzenie konta internetowego, co miało zaowocować nowymi, bezpieczniejszymi hasłami i w ogóle; ale potem w domu, jak spróbowałam to konto aktywować, to mi się zablokowało; no teges, 3 razy pomyliłam hasło. Jutro muszę znów iść do banku po nowy pakiet startowy. I nie mogę dziś zrobić przelewu w kwocie 4.00 PLN za wydanie duplikatu legitymacji szkolnej, chociaż obiecałam. Stracę wiarygodność.

Po piąte (na plus): poszłam z psiunią na wycieczkę do lecznicy, gdzie otrzymała kompleksową szczepionkę przeciwko wszelkim plugawstwom (na rok spokój)

Po szóste (na minus): leżałam sobie po tych wyczerpujących przeżyciach, aż tu nagle chwycił mnie w prawą łydkę taki bolesny skurcz, mięsień zwinął mi się w twardą gulę, rozwrzeszczałam się i chciałam nogą zepchnąć wazon ze stołu (bo nie wiem skąd mi się ta noga znalazła na stole), zalałam sie łzami, a cała rodzina ruszyła mi na pomoc, łącznie z młodym, który porzucił komputer, a nawet może spadł z levela.

No i to by było na tyle.

Komentuj (4)

05.07.2005 (21:00)


Dzwoniłam przed chwilą do siostry (wrocławskie), która mi powiedziała, że ten upał właśnie sobie od nich poszedł precz, pada deszcz i się ochłodziło. Myślę sobie: "może do nas też to przyjdzie w nocy, albo chociaż jutro, bo już się wytrzymać nie da".

Siedzimy sobie z Yen, ona je truskawki. "Spoglądam melancholijnie, mówiąc: "to bułeczki miały być z tymi truskawkami" (myślę: "jeszcze nie zgłupiałam w taki upał stać nad piekarnikiem"). I dodaję: "bułeczki zrobię, jak będzie deszcz".

A Yen na to: "bułeczki z deszczem?"

Komentuj (4)

08.07.2005 (17:35)


Za kilkanaście godzin wyjazd. Najpierw wyprawiamy Młodego na kolonie, a następnie, po przymusowym wyspaniu kierowcy, ruszamy w niedzielę nad ranem na południe. Jasno się robi chyba ok. 4, to już wtedy można ruszać. Nie cierpię jechać po ciemku, bo nic nie widzę i chociaż to nie ja prowadzę, to wydaje mi się, że z powodu mojego nocnego niedowidzenia zaraz się zabijemy. A wszystkie dalekie, nadjeżdżające z naprzeciwka samochody jadą naszym pasem ruchu.

A nasza wyprawa w nieznane potrwa tydzień i jak wrócimy, to już prawdopodobnie wszystko będzie jasne.

Jak ja szłam na studia, to wybrałam sobie z informatora jeden kierunek, a głównym kryterium było to, żebym nie musiała się czasami dodatkowo przygotowywać z czegoś, co nie było moją mocną stroną. Pojechałam na egzaminy wstępne, zdałam, dostałam się, skończyłam studia i kropka.

A teraz proszę Państwa, inny świat. Nowa matura_jej_mać, studia płatne-niepłatne, praca jest-pracy nie ma, wyścig szczurów i te rzeczy.

Boję się.

Komentuj (3)

17.07.2005 (22:18)


Powoli emocje opadają, spektrum się zawęża, wszystko się samoistnie uspokaja i przycicha. Dobra wiadomość, to ta, że już w miniony poniedziałek w pewnym instytucie UJ, na pewnej liście, mogłam zobaczyć nazwisko mojej Maturzystki na liście przyjętych. Zaoszczędzone nam więc zostało to, czego się najbardziej obawiałam, że zostanie całkiem na lodzie i trzeba będzie myśleć, co dalej.

A jutro jeszcze będą wyniki z dwóch uniwerków i okaże się ostatecznie, czy Maturzystka będzie od października mieszkać w Krakowie, czy w Toruniu. Obie możliwości mają swoje wady i zalety.

A potem już wakacje dla niej i dla mnie. Te minione miesiące były tak pełne emocji, że trudno to z czymkolwiek porównać.

A miniony tydzień pełen miłych spotkań z dawno nie widzianymi osobami...

A w perspektywie dziesięć dni na Rybiku...

Komentuj (3)

19.07.2005 (09:51)


Ze szczątków ludzkich i parasola wywróżyłam, ze Maturzystka dostanie się na socjologię. Krapki wiedzą, o czym mówię.

A było to tak:
Miejsce, w którym pisała test z lektury i test umiejętności studiowania, to był Instytut Patomorfologii przy Grzegórzeckiej. Już sama ta informacja na zawiadomieniu wprawiła mnie w zakłopotanie. Ale lepiej było, kiedy po wejściu do przedsionka sali wykładowej zobaczyłam na obu ścianach przeszklone wielkie gabloty ze słojami o wiadomej zawartości. Oglądałam je zresztą później z zainteresowaniem, gdyż w tym względzie jestem zawsze nienasycona (patrz notka z 24 kwietnia).

No a potem, kiedy czekałam na zakończenie pierwszej części testu, przyszedł tam do tego Instytutu pewnien szary człowiek, stanął koło mnie i na kontuarze pustej recepcji położył płaski ubraniowy worek. Od razu, od razu (!) wiedziałam, że to ubranie dla Zmarłego. Co się zresztą po chwili potwierdziło, kiedy pan przez telefon mówił o pogrzebie.

A potem jeszcze znalazłam parasol, a do tej pory zawsze tylko gubiłam parasole. To wszystko przecież nie mogło być przypadkowe!

Zaczynam się siebie bać!

Komentuj (1)

19.07.2005 (09:52)


Druga notka tego samego dnia...

Jestem sama w domu. To jest stan, który bardzo lubię, a zdarza mi sie on bardzo rzadko. Dzieci na wakacjach, mąż w pracy od rana do wieczora. Myślę, co by tu zrobić z tym szczęściem. Przede wszystkim zamierzam odżywiać sie nierozsądnie i już w tym celu duszę pieczarki, z którymi zrobię sobie pyszne, niezdrowe, tłuste tosty. Muszę jeszcze tylko skoczyć po pszenne pieczywo tostowe, którego prawie nigdy nie jadam (pszenne pieczywo - zagłada dla mojej grupy krwi).

I głośno sobie gram na gramofonie. To też lubię najbardziej, jak jestem sama. Zaczęłam od Dżemu, potem Rammstein, Happysad i Grabaż.

Zazdrośćcie mi!



Komentuj (7)

21.07.2005 (16:30)


Pies ma depresję.

Tak jest co roku, kiedy dzieci wyjadą na wakacje. Normalnie wesoła i żwawa chuliganka robi sie osowiała, snuje się z kąta w kąt, większość dnia przesypia, a jak już się ruszy, to lezie z łbem zwieszonym jak Kłapouchy. Wszystko to mija, jak ręką odjął, kiedy wracają. Zwłaszcza, kiedy wraca Maciek.

A dziś jeszcze i ja wyjeżdżam.

Komentuj (4)
Blogi
Barbarella
Talenty
CudaMerigold
Dulbeb
Gunia
Lunia
Stary
Młoda
Jedzonko
Pesto
Wypieki
Ogród
Kompostownik
Róże (ang)
Róże (pol)
Róże (rus)
Na drutach
Drops
E-dziewiarka
IK blog
Ravelry
Reszta Świata
Janda
Kazik
MariaPeszek
Nohavica
Przemyk
WOŚP
OKOpress
Pińczów