Rodzynki wydłubane z życia...

Goście

Archiwum
2018
2017
2016
2015
2014
2013
2012
2011
2010
2009
2008
2007
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2006
2005

Fb
Poczta
Bank1
Bank2

Allegro
Avon

YouTube
Drzewo

statystyka
e-mail
RSS

Logowanie

Bibliografie

BLOG MAMOFYEN                                         To, co się jeszcze nie wydarzyło, można zmienić.


03.07.2007 (19:38)

Mija tydzień, odkąd jestem w Miasteczku. Czas sączy się powoli, wkręciłam się już w tutejsze tryby.

Nie spotykam tu zbyt wielu znajomych w moim wieku, takich bliższych znajomych, z którymi można się wymienić zdawkowym „cześć”, lub choćby rzuconymi w biegu kilkoma zdaniami. Natykam się natomiast często na ludzi, których na pewno musiałam kiedyś znać. Chodzili do tej samej szkoły, do równoległych lub zbliżonych rocznikami klas. Są to dalsi znajomi, nie pamiętam ich imion. Jednak ich twarze nie są mi obce; są tylko postarzone, jakby te osoby były na kuracji postarzającej przez ten czas, kiedy ich nie widziałam.

Inna rzecz z ludźmi starszymi – ci nie zmieniają się prawie wcale. Mamy moich koleżanek i kolegów, sąsiadki i znajome mojej Mamy, nie starzeją się już od pewnego czasu.

A dziś w Miasteczku złamałam Prawo. Siedziałam z Mamą po południu na ławce w parku i chowając się za Jej plecami wypiłam całe piwo z puszki; tak mi się chciało pić, że nie mogłam się powstrzymać!

Komentuj (4)

04.07.2007 (16:17)

Pada deszcz. Kiedy pada, pod wszystkimi rynnami w Miasteczku stoją wiaderka, kubełki, duże plastikowe butle. Miejscowa ludność łapie deszczówkę, potrzebną do podlewania działek, ogródków, zagonków, kiedy deszcz przestanie padać.

Miejscowa ludność stara się uprawiać każdy kawałek powierzchni nie przykrytej chodnikiem; nie rozumie, że można nie mieć pociągu do uprawiania gleby.
Teraz ma z tym problem moja Mam, która jest miastowa duchem i nawet słucha ze wstrętem o uprawie ziemi, a co dopiero, gdyby sama miała to robić. Odkąd owdowiała, wszyscy na potęgę zaczęli jej „pomagać” w uprawie działki, koleżanki i sąsiadki wzięły sobie za punkt honoru obsiewać jej areał i nawet niektórzy chcą ją uczyć odróżniania chwastów od marchewki. Pocieszają ją też, żeby się nie martwiła i że wspólnie na pewno sobie poradzą.

Nikt nie może pojąć, że ona ma to w dupie i skoro do tej pory nie nabyła tych kompetencji, to pewnie dlatego, że nie chciała i teraz tym bardziej nie zechce. Ona sama – zero asertywności – nie poradzi sobie z nimi; będę chyba musiała wziąć za widły i ruszyć. Nie na działkę, ale na tych pomagaczy.


Ten net, co go tu mam, mułowato strasznie chodzi. Notki musze pisac offlajn, a potem wklejać, ale też się wklejają jak krew z nosa… czy krew w piach…
Sama nie wiem!

Komentuj (3)

07.07.2007 (15:54)

Pan, który podłączał telewizję, przed przyjściem do naszego mieszkania wdepnął był w gówno (plusquamperfectum, jeśli coś pamiętam jeszcze z tych studiów). Psie gówno, mam nadzieję.
Najpierw, jak zobaczyłam spód tych jego klapek, to się okropnie zdenerwowałam. Latało mi wszystko w brzuchu, bo mam psychozę na punkcie wdepnięcia w psie gówno, odkąd moje dzieci były małe i przychodziły z podwórka wdepnięte. Myślałam więc gorączkowo, jak mu to powiedzieć: "panie, wyskakuj pan z tych klapek", czy jakoś...

Potem trochę się uspokoiłam, włączyłam sobie w kuchni laptopika, połączyłam się z netem i spłynęła na mnie spokojność, jak to zwykle bywa z uzależnionymi, przystawionymi do przedmiotu uzależnienia.

A potem stwierdziłam, że jednak u mnie też z asertywnością nie najlepiej; bo pomyślałam sobie, że przecież i tak musimy z Młodym wyprać ten dywan u Mamy, a podłóg też nie myłam ze trzy dni, więc co tam…


A dziś piekę ciasto. Patrzę przez szybkę piekarnika, jak śliwki ułożone na spodniej, grubszej warstwie ciasta oddychają spokojnie pod wierzchnią cieńszą warstwą. Ładnie wyglądają. Przeczuwam jednak zakalec...

Komentuj (0)

08.07.2007 (19:01)

Hoho, dziewczynki się zjeżdżają.

Jedna jest, chociaż zazwyczaj o tej porze jej nie ma. Jeździ albowiem na roboty. Ale w tym roku nie pojechała. Może dlatego, że została babcią, a może nie dlatego? Ona jedyna z nas mieszka w Miasteczku na stałe, ale najpóźniej tu zamieszkała - dopiero jak byłyśmy w piątej klasie.

Druga już jest, przyjechała dziś, mieszka nie_tak_daleko, więc wsiada i przyjeżdża. Choćby po to, żeby napić się tu ze mną piwa. Widziałyśmy się zupełnie niedawno, ale stanowczo za krótko. Całkiem przypadkiem moje dzieci mają na imię zupełnie tak samo, jak jej dzieci. Znamy się od pierwszej klasy podstawówki.

Trzecia ma najdalej, więc najtrudniej jej się zmobilizować do przyjazdu. Jej mama za nią tęskni, wczoraj u niej byłam, miała łzy w oczach, ale dziś już się nacieszy swoją córeczką. Jej dom rodzinny widzę z balkonu mojej Mamy - żółty z czerwonym dachem. Tam spędziłam wiele chwil mojego dzieciństwa i to od czasów przedszkola.

A tak w ogóle, to ja mam najdalej. Więc jak już przyjadę, to próbuję je wszystkie trzy zmolestować, żeby się zebrały w jednym miejscu. I czasem mi się udaje.

Oj, będzie sabacik; mam nadzieję, że polatamy potem na miotłach nad Miasteczkiem.

Komentuj (5)

11.07.2007 (22:15)

Dziś był dzień całkiem zupełnie bez alkoholu, zakończony wieczornym spacerem ekologicznym. Poświęcałyśmy się cały dzień naszym rodzinom i spotkałyśmy się dopiero wieczorem i to nie wszystkie. Spacer był ekologiczny (ale nie całkiem, bo te małpy zapaliły po jednym papierosie) i sentymentalny, połaziłyśmy koło naszej podstawówki i naszego liceum, powspominałyśmy to i owo.
Jutro zbiórka o dwunastej. W sobotę raniutko zaczynamy się rozjeżdżać w różne strony i nie wiem, kiedy znów uda się nam spotkać w pełnym składzie i to bez facetów. Kocham te baby.

Komentuj (0)

17.07.2007 (11:35)

Pięciogodzinna podróż autobusem do Wisły plus przesiadka na malowniczym dworcu w Katowicach (a następnego dnia powrót) jest doprawdy świetnym sposobem na spędzenie dwóch upalnych dni wakacji. Sama się dziwię, że to przeżyłam.
Młody został kolonistą, a ja zostałam szczęśliwą matką, która wreszcie może odetchnąć wychowawczo i mieć wszystko w dupie przez dwa tygodnie w roku.

Komentuj (5)

23.07.2007 (13:07)

Od zawsze hodowałam w sobie pewne marzenie, ale bałam się nawet o tym mówić, bo wydawało mi się, że to takie tylko moje mrzonki, bez szans na urzeczywistnienie. I tak naprawdę było przez długie lata.

Ostatnio jednak, od pewnego czasu, te myśli zaczynają odżywać, jakby się na nowo narodziły. Zaczęłam wierzyć, że TO jest możliwe, że jest naprawdę w moim zasięgu. Myślę o TYM wciąż, śni mi się TO po nocach, w takich wyrazistych kształtach i barwach, ze wszystkimi szczegółami, że aż się boję. Zalęgło mi się w głowie na dobre!
Jestem już stara, nie mam za dużo czasu. Ale muszę wykorzystać możliwość, jeśli tylko się pojawi.

Karmię Podświadomość…

Komentuj (5)
Blogi
Barbarella
Talenty
CudaMerigold
Dulbeb
Gunia
Lunia
Stary
Młoda
Jedzonko
Pesto
Wypieki
Ogród
Kompostownik
Róże (ang)
Róże (pol)
Róże (rus)
Na drutach
Drops
E-dziewiarka
IK blog
Ravelry
Reszta Świata
Janda
Kazik
MariaPeszek
Nohavica
Przemyk
WOŚP
OKOpress
Pińczów