Rodzynki wydłubane z życia...

Goście

Archiwum
2018
2017
2016
2015
2014
2013
2012
2011
2010
2009
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2008
2007
2006
2005

Fb
Poczta
Bank1
Bank2

Allegro
Avon

YouTube
Drzewo

statystyka
e-mail
RSS

Logowanie

Bibliografie

BLOG MAMOFYEN                                         To, co się jeszcze nie wydarzyło, można zmienić.


01.07.2009 (18:30)

Aaaa, zapomniałam o pomidorach. Pomidory były w lodówce! Pomidory z lodówki to grzech, gwałt i stężenie pośmiertne razem wzięte.

Ogarnęłam już cały ten chaos.

Komentuj (5)

02.07.2009 (10:55)

Lubię te leniwe wakacyjne poranki, pomidory z oliwą na śniadanie, te "biorę pieska i idę" wyprawy po dary natury.
Bez czarny mam już trochę podsuszony:



A dziś przyniosłam świeże kwiaty lipy. No czy może być coś piękniejszego?



I te wszystkie zimowe gorączki niech mnie nie rozśmieszają. Pfff...

Komentuj (2)

03.07.2009 (23:02)

Dziś podsumowanie tegorocznej wyprawy i częściowe porównanie z zeszłoroczną.

Język. Odczuwałam ogromną barierę językową na tej katalońskiej ziemi, a jest to rzecz, która szalenie mi przeszkadza, albowiem jestem naturą lingwistyczną. Włoski wydawał mi się oczywisty i zrozumiały, z łatwością zapamiętywałam różne zwroty, wiele znaczeń odczytywałam intuicyjnie i ogólnie pod tym względem czułam wysoki komfort. Tutaj – ni cholery. Kataloński to był, czy kastylijski – jeden pies. Zwykłe „dzień dobry” powtarzane codziennie po kilkanaście razy z trudem zagnieżdżało mi się w głowie. Raczej nie miewam tego typu problemów, więc utwierdziło mnie to w przekonaniu, że język hiszpański nie dla mnie.
No i tam, we Włoszech, mogłam w dowolnym miejscu dogadać się w moim nieporadnym angielskim. Tutaj, panie w sklepie zagadywane po angielsku udawały głuchonieme. No cóż.

Trofea. Kiełbasa i szynka z gatunku dojrzewających okazały się udanym zakupem, zwłaszcza smakowała mi kiełbasa - w białej posypce z suchych łupinek czosnkowych ale bez tej inwazji czosnku w sferze smakowej . Rewelacyjna czekolada ekologiczna ze strefy wolnocłowej w Barcelonie, rozsypująca się w ustach i nie nadmiernie słodka. Oliwa też bez zarzutu (szkoda tylko, że pomidory u nas nie takie). Krem kataloński w proszku zrobiłam dziś na deser (owszem, owszem). Turron z migdałami, wyglądający jak biała czekolada, a będący tak naprawdę czymś w rodzaju nugatu – bez szału. Wino będzie dobre, sprawdziłam. Nalewka ziołowa z klasztoru Montserrat pozostaje na razie wielką niewiadomą.

Słońce. Tu słońce było przyjazne, z wiaterkiem w tle, zdecydowanie na plus, no może z wyjątkiem dwóch ostatnich dni. Rok temu we Włoszech słońce chciało mnie zabić.

Towarzystwo. Niby towarzystwo w większości to samo, ale ponieważ byłam ze Starym, to nie musiałam się towarzystwem nadmiernie przejmować. Pojechałam z nastawieniem, że żadne fochy wypoczynku mi nie zepsują, nie powtórzyły się jednak klimaty „nasza kolonia nie bawi się z waszą kolonią”, było sympatycznie, wesoło i w różnych konfiguracjach osobowych ale we wszystkich na plus.

Tak zwane wyżywienie. Tu z zamkniętymi oczami polecam i namawiam do spędzenia choćby kilku dni w hotelu Samba w Lloret de Mar. To, co tam dają do jedzenia, jak to smakuje i jak to wygląda, ten wybór przeogromny, te smaki znane i nieznane, tego się po prostu nie da opisać. Pod tym względem wyżywienie w hotelu Scacciapensieri w Nettuno to był syf i żenada.
No i muszę tu wspomnieć, że na oczach męża nawiązałam krótkotrwały romans słowny z młodym hinduskim kelnerem o malowniczym imieniu Malkit. Malkit witał mnie przy każdym spotkaniu słowami „Hola, Margerita!” lub: „Margerita, cómo estás?” (czy jakoś takoś), a nawet pozwalał sobie na „Margerita, beautiful, beautiful!”. Aż mu wreszcie kiedyś powiedziałam: „Malkit, my husband is jealous” (chociaż to nieprawda; ale kiedyś był).

Tak zwany program. Tu zdecydowanie wygrały Włochy, bo ta Katalonia, to cóż - wszystko z dwudziestego wieku, a najwyżej z dziewiętnastego, więc nie miałam tej histerii, rzucającej na kolana i wyciskającej łzy z oczu na widok miejsc, znanych z podręczników do historii i literatury i albumów fotograficznych. Za to więcej relaksu, prawdziwego wypoczynku na luzie. Tak naprawdę, nie wiem, co wolę, to dla ciała czy tamto dla ducha. Myślę, że w moim wieku muszę zdążyć jak najwięcej dla ducha, bo jak nie zdążę, to większa strata.

Hotel. Chociaż mieliśmy ten gorszy, przedremontowy typ pokoju, to jednak klima nie była racjonowana, jak we Włoszech (chociaż tam była bardziej potrzebna) – to na plus. Reszta jednak na korzyść Scacciapensieri, chociaż na pewno innego zdania są ci, którzy mieli pokoje wyremontowane, bo to była zupełnie inna bajka.

Marzy mi się Petersburg w przyszłym roku, ale podobno marna szansa ze względu na ceny przelotów; zresztą trzeba się zorientować, bo tak naprawdę, to nikt szczegółów nie zna. Gdyby tak się udało odpowiednio wcześnie stworzyć lobby „pro Petersburg”, to kto wie, kto wie...
Mam zamiar nad tym pracować.

Komentuj (6)

05.07.2009 (18:46)

Nie straciłam wiary w moją brzózkę, podlewałam ją i podlewałam, zmiatałam opadające liście i wczoraj, kiedy już była prawie całkiem łysa, zauważyłam, że wypuszcza pączki - wszędzie, na cienkich i grubych gałązkach i nawet na głównym pniu.



Komentuj (1)

08.07.2009 (17:02)

Weszłam dziś z deszczu pod rynnę.

Po zetknięciu się z państwową służbą zdrowia uciekałam z terenu szpitala w ulewnym deszczu. Lało jednak coraz bardziej, parasol już nie działał, bo woda tryskała zewsząd i postanowiłam schronić się choć na chwilę wraz z moimi chłopami pod ścianą małego budyneczku. Krzyknęłam coś, że dalej nie idę, że uciekamy pod tę ścianę, pchnęłam Młodego i zaraz za nim rzuciłam się w tę samą stronę.
Tak, tylko, że on widział, że z narożnej rynny na dachu leje się strumień wody i uchylił się przed nią. Za to ja... wzięłam całą tę niagarę na twarz i na plecy!

Ale to prawda, że pod tym daszkiem trochę mniej padało... Tylko jakby nie było mi to już potrzebne.

Komentuj (1)

16.07.2009 (13:59)

Zaliczyłam już dwa wyjazdy wakacyjne a jutro wyruszam znów. Wrócę do domu pewnie jakoś w połowie sierpnia.

Spędzę kilka tygodni w Miasteczku, no i pojadę też zobaczyć się z córką, która na wakacje nie przyjechała. Widziałam ją już co prawda raz w tym roku na Wielkanoc, więc niech nie wydziwiam. No a przedtem widziałam ją na Boże Narodzenie i to nawet jakoś przez trzy dni chyba, więc tym bardziej niech nie wydziwiam.
Chyba się odpępniła w tym roku.

Teraz pracuje w dwóch pracach. Od 10.00 do 13.00 rozdaje ulotki restauracji, w której oprócz tego, że płacą, to dają jej obiady, co ją tak podnieca, jakby w życiu nie doświadczyła, co to w ogóle są obiady i jakby musiała cztery lata studiować jedynie teoretyczne aspekty ciepłego posiłku. Praca niby nic szczególnego, ale za to jaka miejscówka zajebista - między Barbakanem a Bramą Floriańską! Jak się tam zajrzy w podanych wyżej godzinach, to widać ją, co prawda maleńką, ale można poznać, że to ona, bo zamiast iść jakoś żwawo, jak inni ludzie, to tak snuje się bez sensu. Ale za to w dworskich szatach!
No można mieć ją na oku nareszcie. Dzwonimy na przykład ze Starym i mówimy: "a ty gdzie po tym słońcu łazisz, gorąco jest, właź do cienia, do jasnej cholery!". I od razu znów czuję się matką.
A po południu pracuje w jednym takim sklepie przy Grodzkiej.
Więc orze dziecko i zapamiętuje się w aktywności!

Komentuj (4)

22.07.2009 (18:50)

Już kiedy weszłam do przedziału w Gdyni buchnął z wnętrza żar rozgrzanej blaszanej puszki. Pozostałymi pasażerami przedziału byli młoda dziewczyna i jej synek, na oko czteroletni, którego mama troskliwie okrywała (sama zresztą też spała przykryta po zęby grubą kołdrą).

Zaproponowałam przewietrzenie przedziału, zwłaszcza, że pociąg długo stał na peronie. A i potem, po przeanalizowaniu lokalizacji naszych łóżek i kierunku ruchu pociągu, wytłumaczyłam pani, że na synka na pewno nie będzie wiało i może tak uchylimy to okno na stałe chociaż z parę centymetrów. Pani się niby zgodziła, jednak kiedy obudziłam się w nocy, okno było już zamknięte. Całą noc skupiałam się na tym, żeby nie wykonywać żadnych ruchów swoją osobą, bo miałam świadomość, że każdy ruch zwiększa moje zapotrzebowanie na tlen, którego dawno tam już nie było.

Ostatni raz z pewnością kupiłam bilet na sypialny z lokalizacją „góra”. Ten odstęp od sufitu, ta ilość powietrza dostępna dla użytkownika górnej pryczy to jawne łamanie praw człowieka. I naprawdę miałam takie wrażenie, że niewiele by mi było trzeba, żeby wpaść w histerię, zacząć tam wrzeszczeć i machać łapami.

Rano, stojąc na korytarzu już z bagażami obserwowałam pewną panią, stojącą przy tym samym oknie, też już przygotowaną do wysiadania. Trochę mi się wydała podobna do siostry sąsiada mojej mamy, poobserwowałam ją nawet łącznie z odbiciem w szybie, ona też tak jakoś na mnie popatrzyła, ale na tym się skończyło. Jednak po kilkunastu minutach odwróciła się i zapytała: „przepraszam, czy pani jest może...”, na to już ja spytałam: „Lila?” i wszystko było jasne. Nie byłyśmy nigdy w bliskich stosunkach ze względu na różnicę wieku, takie tam tylko „cześć” raz na parę lat, przy okazji wakacyjnych wizyt w Miasteczku. Zawsze jednak widziałam ją uśmiechniętą, a tamta pani na korytarzu pociągu nie uśmiechała się przecież, dlatego nie od razu ją poznałam. Okazało się, że Lila jedzie właśnie do brata, że z Kielc syn będzie ją wiózł samochodem do Miasteczka i że mogę jechać z nimi. Ominęło mnie więc wdychanie busikowych aromatów, które latem tworzą zaiste szaleńczy bukiet, poza tym samochód miał klimę i podwieziono mnie pod sam dom.

Ten szczęśliwy zbieg okoliczności zainaugurował mój pobyt w Miasteczku.
Internetu, niestety, nie mogę w tym roku zassać przy żadnym oknie, wokół tylko pozabezpieczane sieci, ale zamierzam iść z laptopem na pobliskie osiedle bloków, tam gdzie większe zagęszczenie ludności zwiększa też prawdopobieństwo sukcesu w tej dziedzinie.

(Poniedziałek, 20 lipca, ławka na osiedlu)

Komentuj (3)
Blogi
Barbarella
Talenty
CudaMerigold
Dulbeb
Gunia
Lunia
Stary
Młoda
Jedzonko
Pesto
Wypieki
Ogród
Kompostownik
Róże (ang)
Róże (pol)
Róże (rus)
Na drutach
Drops
E-dziewiarka
IK blog
Ravelry
Reszta Świata
Janda
Kazik
MariaPeszek
Nohavica
Przemyk
WOŚP
OKOpress
Pińczów