Rodzynki wydłubane z życia...

Goście

Archiwum
2018
2017
2016
2015
2014
2013
2012
2011
2010
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2009
2008
2007
2006
2005

FB
Poczta
Bank1
Bank2

Allegro
Avon

YouTube
Drzewo

statystyka
e-mail
RSS

Logowanie

Bibliografie

BLOG MAMOFYEN                                         To, co się jeszcze nie wydarzyło, można zmienić.


10.07.2010 (13:38)



Kupiliśmy drugiego psa, sukę, oczywiście. Jest to, za przeproszeniem, Pamela Sfora Znad Jeziora, z matki Szeryl Sfora Znad Jeziora i ojca Katherina's Land Online Gambler, importowanego z Estonii.

Ma cztery miesiące, jest słodka, kochana, ze wszystkimi urokami szczeniaka - niezdarna, śmieszna, a przy tym potężna. Rozrabia, kradnie buty i skarpetki, galopuje po całym domu i ogrodzie, biega mi po wszystkich moich marchewkach i innych zasiewach i próbuje zaprzyjaźnić się z Dumka. Na razie bezskutecznie.

To będzie kawał psiura i przygotowujemy ją do roli psa stróżującego. Więc żadnego spania w łóżku! Od razu śpi w sieni i nie urządza na tym tle żadnych histerii - zamykamy wieczorem drzwi do kuchni i wszystkich pokoi, a ona kładzie się na swoim posłaniu i śpi grzecznie całą noc. No po prostu grzeczności sunia. I można się z nią od razu miziać po szyjach, czego Dumka nauczyła się dopiero w trakcie eksploatacji.
Nazywa się Kora.

A oto kilka informacji o rasie: Airedale Terrier, "król terrierów" pochodzi z doliny Aire w środkowej Anglii. W wyniku wielu krzyżówek i konsekwentnej selekcji ukształtowano inteligentnego, odpornego psa wszechstronnie użytkowego. Zyskał on sławę na całym świecie jako pies sanitarny i przenoszący meldunki w obu wojnach światowych, przy czym zdobył przydomek psa wojennego.
Nie istnieje właściwie nic, do czego airedale terrier by się nie nadawał. Może być przewodnikiem niewidomych, obrońcą, ratownikiem, psem lawinowym, myśliwskim, rodzinnym i towarzyszem dzieci. Jest pełen temperamentu, zrównoważony, lubi się uczyć i daje się łatwo prowadzić, jest łagodny w stosunku do dzieci, czujny przy domu i waleczny w obronie, jeśli sytuacja tego wymaga. Ten wesoły pies jest oddany swemu panu na dobre i złe. Potrzebuje dużo ruchu i zajęcia. Dodatkową zaletą jest to, że nie gubi włosów. Trzeba go poddawać systematycznemu trymowaniu. W Niemczech airedale są uznanymi psami do pracy w służbie człowieka.
Wielkość samca 58-61 cm, suki 56-59 cm. Umaszczenie czaprakowe, czarne podpalane.



A poza tym, to byłam jednak w tej Grecji, całkiem znienacka. W ostatniej chwili ktoś zrezygnował i wskoczyłam na to miejsce. Decyzję podjęłam w piątek po południu, więc miałam bardzo mało czasu na zorganizowanie się. Pozapominałam mnóstwa niezbędnych rzeczy (jak pilniczek do paznokci!), ale jakoś dałam radę. Jestem więc opalona od razu na wstępie wakacji, jak co roku. Było świetnie, widziałam wspaniałe miejsca, jadłam wspaniałe rzeczy, narobiłam masę zdjęć i spędziłam czas w miłym towarzystwie. Było... się skończyło.

Wolę jednak być u mnie na wsi, leżeć sobie wieczorem w sypialni i słuchać z kuchni cichego mruczenia zmywarki.

Komentuj (2)

12.07.2010 (18:44)

Oprysk wyciągiem z krwawnika (1 kg całych roślin krwawnika, zebranych w fazie kwitnienia, zalać 10 l gorącej wody, odstawić na 24 godziny, stosować do oprysku rozcieńczając 1:10) przyniósł rewelacyjny skutek. Brzoskwinie, pooskubywane pracowicie z chorych liści i opryskane potem tym wyciągiem, powypuszczały nowe zdrowe liście, już bez kędzierzawości, które radośnie fotosyntetyzują, odżywiając nieliczne wprawdzie, ale jednak obecne owoce.
I wstydźcie się Wy wszyscy, którzy stosujecie przeciwko kędzierzawości syllit, maltretując tę biedną, udręczoną planetę.

Przyjechała Dziedziczka. Powiedziała, żeby jej umyć krzew agrestu, to ewentualnie będzie jeść agrest, bo lubi. Umyłam.
Ogród pulsuje upałem, a w piwnicy chłodzi się piwo. Powinnam poprzycinać pędy winorośli, bo dni owocowe uciekają...

Pies dziś w nocy płakał jednak w sieni, ale byliśmy dzielni. To przez bachory, bo nie przestrzegają ciszy nocnej. Oglądają po nocach filmy, grają w gry komputerowe i słuchają głośnej muzyki, to skąd biedny szczeniaczek ma wiedzieć, że jest noc?

W Trójce mówili, że służby do tego powołane, będą wraz z policją wyważać drzwi w samochodach i rozbijać szyby, ratując psy, zostawiane na upale. Chciałabym to zobaczyć, ach doprawdy.
Zresztą, dziś podczas wizyty w Wielkim Mieście udało mi się być świadkiem dramatycznego zdarzenia - facetowi, który wyjeżdżał z marketu budowlanego wózkiem, załadowanym wielkimi workami i kubłem z farbą zglebił się na glebę ten kubeł, dekielek odpadł, a gęsta farba malowniczo wyciekła na asfalt. Biała farba.
No ale trzeba było widzieć, jak ten dureń to był poukładał (plusquamperfectum!) na tym wózku! Nic dziwnego.

Wczoraj całą niedzielę Stary z Młodym mieli grzech i tynkowali gliną sień i zapychali zaprawą dziury po starej instalacji, bo będzie wstępne malowanie w dwóch pokojach i prawdopodobnie w środę wkroczy tam cykliniarz.

Komentuj (5)

13.07.2010 (22:59)



Komentuj (7)

20.07.2010 (09:51)

Warunki obozu cygańskiego powróciły na tydzień, bo pan cykliniarz dopieszczał nam podłogi w dwóch pokojach i musieliśmy się z nich na tydzień wyprowadzić razem ze wszystkimi gratami. Śpimy teraz ze Starym w kuchni (w przyszłej części jadalnianej); zmieściło się tam nasze łóżko i dwie szafy z sypialni.
Tak wygląda teraz przyszła jadalnia:


A oto kuchenna część kuchniojadalni, ze ścianą nad kafelkami wytynkowaną już przez Starego pierwszą warstwą tynku glinianego (technologia - mieszanie w beczce porozbiórkowych niewypalanych cegieł glinianych z wodą, nakładanie tej mazi łapami na ściany):


Młody wraz ze swoim łóżkiem zainstalował się w największym pokoju - niesłusznie zwanym salonem - dołączył więc do sterty pudeł i worków oraz pracowni projektowej.
Podłogi w naszej sypialni i pokoju Młodego wyglądają już pięknie, dziś startujemy tam z malowaniem sufitów i ścian i potem będziemy się już mogli meblować "na czysto", przynajmniej w tych dwóch pokojach. Pozwoli to wypakować kolejne worki i kartony i opróżnić największy pokój, który z kolei będzie miał wycyklinowaną i polakierowaną podłogę.
W tym tez czasie powinno nam się udać pomalować ściany i sufit w jadalni i ułożyć tam podłogę. Wtedy juz będzie można mieszkać wreszcie jakoś po ludzku i mam nadzieję, że uda nam się z tym zdążyć przed przyjazdem mamy.
Tymczasem Młody z kolegą przystąpił do wywożenia gruzu poremontowego zza domu i powoli opróżnia się to tylne ładne podwórko, które w trakcie remontu doprowadziliśmy do stanu opłakanego.
No a poza tym, cóż... kupa roboty przed nami i to na dwa lata przynajmniej. Tempo robót wkrótce na pewno osłabnie, bo nie będziemy już mogli szastać bankowymi pieniędzmi. Musimy teraz jak najszybciej zamknąć sprawy kredytu, to znaczy, zrobić jak największą tzw. wcześniejszą spłatę, co pozwoli chociaż trochę zmniejszyć miesięczną ratę kredytu; obecna jej wysokość jest dla nas absolutnie nie do przyjęcia.
Resztę prac spokojnie rozłożymy w czasie, więc najważniejsze jest teraz określenie tego, co najpilniejsze i tego, co może poczekać.
A podłogi i ściany są pierwsze w tej kolejce, bo one tworzą ogólne wrażenie, działające bardzo na sferę psychiczną. Mam nadzieję, że po tym wykończeniu podłóg i pomalowaniu ścian nasz dom przestanie wreszcie robić wrażenie placu budowy.

Komentuj (3)

21.07.2010 (09:33)

Zaczęły się maliny. Wczoraj z rana zawiesiłam sobie na szyi koszyk i poszłam na łowy. Nazrywałam cały koszyk (myślę, że ze dwa kilo tam było), nie zważając na piekące słońce, muchy i osy oraz dobiegające spod domu łacińskie epitety Młodego, ładującego gruz na taczkę.

Potem poszłam wyplewić grządkę, która była hańbą mojego ogrodu - nic na niej nie posiałam, zarosła więc chwastami na amen. Oczyściłam ją do gołej ziemi, będzie więc miejsce, żeby jeszcze porozsadzać kalarepkę i koper włoski.
Przy okazji przerzedziłam cukinie i kabaczki, bo wysiewałam po kilka nasionek w jedno miejsce i teraz zostawiłam tylko pojedyncze okazy. Kwitną i są już nawet pierwsze miniaturowe owoce.
W tym tygodniu zaczniemy już jeść naszą fasolkę, zaczynają się też zawiązywać ogórki, a pod folią pojawiły się już dość duże strąki papryki.

Poszłam do domu usmażyć naleśniki. Patrzę - nie ma mąki. Ale zaimprowizowałam, wrzucając resztkę mąki pszennej i sporo owsianej i uzupełniając to wszystko krupczatką; i też wyszło cudnie. Do tego nadzienie - jogurt naturalny utarty z cukrem pudrem posłużył jako lepiszcze do malin. No, ja nie lubię dań na słodko i nie jadam ich raczej, ale to naprawdę było przepyszne! Zjedliśmy też resztę botwinki z wczoraj (buraczki, marchewka, liście pietruszki, selera i lubczyku - z grządki, jaja - z kurnika, ziemniaki - ze sklepu).

Potem zmywarka w ruch, a ja na agrest, bo już był czas najwyższy go pozrywać. Mamy tu dwa miejsca agrestowe, w każdym są chyba dwa krzewy, ale to trudno określić, bo gęstwina zaciera szczegóły. I jest jeszcze wytworny krzaczek zwisły na wysokiej nóżce - ten zostawiłam w spokoju, żeby jeszcze był do podskubywania. Pozostałe ogołociłam z owoców i dziś będę je przerabiać na dżem. Zachwyca mnie to zawsze, że smażone z cukrem zielone owoce nabierają w rezultacie czerwonej burgundowej barwy. I skąd?
Pozrywane owoce zanoszę zaraz do piwnicy, tam się schładzają i czekają na dalsze decyzje. Piwniczkę mam przecudną, Stary z Młodym zrobili w niej czerwoną ceglaną podłogę, wstawili regalik z odzysku i po prostu poezja. Jest jednak szalenie niefotogeniczna i musze poćwiczyć różne ustawienia aparatu, żebym mogła tu wrzucić jakieś przyzwoite zdjęcia.

Późnym popołudniem ustawiłam zraszacz pod folią i... stało się! Podlane krzewy nie utrzymały ciężaru i złamały mi się trzy rosnące po brzegach, które nie miały się na czym oprzeć. Takie z dużymi już owocami (malinówki! te siane w bloku! te, z których nasionka wydłubywałam nożykiem w sierpniu i suszyłam na serwetce!)! Ach jak mi było przykro!
Dwa, niestety, musiałam wyrzucić, a trzeciemu zrobiłam opatrunek z usztywnieniem, tak, jak się usztywnia złamaną nogę, jak sądzę. Kiedyś już tak uratowałam złamaną różę na balkonie (wtedy było to usztywnienie z wykałaczki, teraz "nastawiłam" złamanie i przywiązałam ciasno do palika). No i przystąpiłam od razu do podwiązywania tych wszystkich pomidorów do górnego rusztowania tunelu, a nie było to przyjemne, bo pomidory były już podlane, więc po tej akcji i ja również byłam cała mokra.

Po prysznicu z wydatnym zastosowaniem szczotki do pazurów górnych i dolnych i po grillowej kolacji padłam jak zwłoki - poparzona pokrzywami, podrapana agrestowymi gałęziami i sponiewierana psychicznie tragedią pomidorową.

Komentuj (2)

24.07.2010 (20:40)

Suki oswajają się ze sobą. Ta młoda, czyli mała (chociaż jest duża) adoruje tę starą, skacze koło niej, podskubuje, zaczepia... A tamta nic. W najlepszym razie nic, bo najczęściej: "wrrr".
Ale coraz rzadziej "wrrr".

Wczoraj patrzę - siedzą razem na posłaniu. Nie, żeby rozmawiały, czy coś, ale siedzą całkiem blisko siebie. Zaczęłam grzebać w torebce w poszukiwaniu aparatu, żeby im szybko zrobić zdjęcie, ale mała zrozumiała, że ja grzebię, żeby ją zabawić i przybiegła radośnie merdając.
I zepsuła scenkę.

A dziś stały tak sobie na schodkach ganku, wtem mała położyła się bez ostrzeżenia, jak to szczeniak i oparła sie grzbietem o nogi stojącej obok starej. A ta nic, ani "wrrr", ani się nie odsunęła, więc tak się pokojowo dotykały przez dłuższą chwilę!!!


A wczoraj wieczorem nastąpił nawet mały bunt na pokładzie. Stara zabrała małej ziemniaka (czy muszę mówić, że Młody kupił sobie znów te rury pcv, zrobił potatogę, czy jakoś tak i strzela ziemniakami po całym ogrodzie; ach, smutne wakacje dziecka wiejskiego!). Więc zabrała jej tego ziemniaka, a ta zamiast się karnie podporządkować, jak to dotąd bywało, zaczęła szczekać oburzona.
No, poradzi sobie dziewczyna.





Komentuj (1)

29.07.2010 (15:06)

Remont sobie człapie powolutku, mamy już wycyklinowane i polakierowane dwa pokoje - sypialnię i pokój Młodego. Tam też Testosterony pomalowały już ściany i sobie mieszkamy.
Od wczoraj ruszyło cyklinowanie największego pokoju. Bardzo ładnie wyglądają na podłogach te deski sosnowe i pasują tu do tych starych wnętrz. Wybraliśmy lakier półmat, żeby się nie świeciło, bo nie lubimy, jak się świeci (chociaż pan lakiernik miał obawy, że się przecież nie będzie świecić).

A oto jaką ewolucję przeszła nasza sypialnia:
28 maja

7 czerwca

20 czerwca

26 lipca


Młody wybrał na ściany swojego pokoju kolory pomarańczowy i zielony, byłam przerażona, jak zobaczyłam puszki z farbami, ale w sumie wyszło bardzo sympatycznie.
Musimy jeszcze jak najszybciej zrobić podłogę w jadalni, a na tylną sień to chyba w tym roku wyląduje linoleum. Nie bardzo mamy jeszcze pojęcie, czy będą tam deski, czy kafle; nabierzemy poglądu, to będziemy działać. A teraz trzeba szybko zrobić całość powierzchni podłóg, możliwą do utrzymania w czystości, bo inaczej zniszczymy polakierowane deski.

Gospodarstwo domowe funkcjonuje, piekłam już 3 razy ciasto, a dziś kapuśniaczki w drożdżowym cieście. I zniosłam na dół maszynę do szycia, będę produkować firanki do jadalni.

Wreszcie przestało lać! Cały tydzień nic nie mogłam robić w ogrodzie, pranie nie schło ani w ogrodzie, ani na strychu i maliny zrobiły się paskudne.

Szczeniaczek waży już 15 kg (17 lipca skończyła pięć miesięcy).

Komentuj (1)

31.07.2010 (15:09)

Nadszedł 30 dzień lipca, są wyniki.
No to się przyznam - zdałam ten certyfikat; cienko, ale jednak zdałam. Jak zobaczyłam ten mój wynik, to najpierw się ucieszyłam, ale zaraz potem mi się strasznie wstyd zrobiło.

W każdym razie mogę ten etap mogę zostawić za sobą i iść dalej.


I umyłam dziś pierwsze okno, no pierwsze od czasu, jak tu mieszkamy. To w sypialni. I wkleiliśmy w nie moskitierę, która jest genialna, bo niby czarna siatka, a wcale jej nie widać. A jutro będę bezcześcić niedzielę i myć okna u Młodego - ale gówno to kogo obchodzi, okna od ogrodu i nie będzie mi się tu pół wsi gorszyć.
I założyłam rękawiczki i zbierałam po ogrodzie różnokolorowe pety, pety białe i żółte, bardziej lub mniej wyblakłe. I pomyślałam, że nowoczesna artystka jakaś mogłaby z tych petów zaaranżować instalację, szeroko i entuzjastycznie recenzowaną potem w mediach. No tak mi się nasunęło pod wpływem różnych audycji o sztuce bardzo nowoczesnej, których ostatnio słuchałam.

Młody wyjechał na konie w Bory Tucholskie. Należy mu się w tym roku jak nigdy ( i nie ma to związku z jego świadectwem szkolnym, tylko z ciężką pracą fizyczną dziecka wiejskiego w gospodarstwie rodziców).

Komentuj (3)
Blogi
Barbarella
Pierwsza
Talenty
CudaMerigold
Dulbeb
Gunia
Lunia
Stary
Młoda
Jedzonko
Pesto
Wypieki
Ogród
Kompostownik
Róże (ang)
Róże (pol)
Róże (rus)
Na drutach
Drops
E-dziewiarka
IK blog
Ravelry
Reszta Świata
Janda
Janerka
Kazik
MariaPeszek
Nohavica
Przemyk
WOŚP
Pińczów