Rodzynki wydłubane z życia...

Goście

Archiwum
2018
2017
2016
2015
2014
2013
2012
2011
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2010
2009
2008
2007
2006
2005

Fb
Poczta
Bank1
Bank2

Allegro
Avon

YouTube
Drzewo

statystyka
e-mail
RSS

Logowanie

Bibliografie

BLOG MAMOFYEN                                         To, co się jeszcze nie wydarzyło, można zmienić.


04.07.2011 (21:37)

No nie, nie tkwię cały czas w tym basenie... Mam zaległości, ale pisanie codziennych notek nie bardzo jest możliwe, bo ten upał powoduje, że zdycham po zejściu ze słońca, a ten all inclusive powoduje, że obżarty żołądek uciska mi na mózg - i jak mam w takiej sytuacji poskładać logiczną wypowiedź?
Piękna ta wyprawa, nawet się nie spodziewałam, że taka będzie piękna, ale cóż, ja tęsknię za swoim stadem, tęsknię tak, że chce mi się płakać, jak tylko o tym pomyślę.

Dzisiejszy dzień w większości wypełniła wycieczka autokarowa. Najpierw oglądaliśmy za dnia antyczny amfiteatr Aspendos z dwunastego wieku przed naszą erą, w którym to poprzedniego wieczoru byliśmy na przedstawieniu opery Tosca – ostatnim przedstawieniu tegorocznego festiwalu opery i baletu, który w tym amfiteatrze co roku się odbywa.



Przy okazji zobaczyliśmy znajdujące się w pobliżu pozostałości akweduktu z tego samego okresu.

Potem oglądaliśmy wodospady Kurşunlu w malowniczym parku.



Po obiedzie w Antalyi dalsza wyprawa wiodła do uroczego starego miasteczka Side, które od razu skojarzyło mi się z Pompejami – podobne klimaty, podobne widoki: pozostałości domów, ulic obrzeżonych kolumnadami i agory. Współczesna część miasteczka pięknie stopiona z tą starożytną, urocze sklepiki ze wschodnimi cudnościami i port z prawdziwym wiatrem!









I jadłam tam lody z koziego mleka, które nakładane są takimi długimi drągami, są kleiste, mleczne w smaku i ciągnące. A ich nakładanie przez sprzedawców, to prawdziwe pokazy ekwilibrystyczne, którym towarzyszą okrzyki i śmiechy kupujących.

Po powrocie – obłędna kolacja pod znakiem ryb i owoców morza. Ogromniasty tuńczyk, z którego kucharze wycinali kawałki mięsa i od razu przygotowywali, pieczone w soli całe łososie, małżowe szaszłyki, sałatki, sushi, po prostu szał. I jak tu się nie nażreć?
Nasz pilot na codziennym spotkaniu informacyjnym powiedział, że co prawda z przejedzenia jeszcze nikt nie umarł, ale ponieważ zagrożenie narasta, to czas zacząć myśleć o powrocie.



Komentuj (1)

05.07.2011 (15:38)

Dziś mam już za sobą długi rejs statkiem po Morzu Śródziemnym wzdłuż tureckiego wybrzeża. A podczas rejsu było skakanie do morza z burty statku i pływanie w tej ciepłej słonej zupie, obiad na pokładzie i lody w połówce melona, bujanie, kołysanie i relaks prawdziwy.
I jeszcze było przyglądanie się bez końca i z wielką przyjemnością, jak dorośli faceci bawią się małym chłopcem, jak go przytulają, podrzucają, obgryzają dla zabawy, jak on się po nich wspina, jak go noszą i kołyszą, i pieszczą bez końca, a ten trzylatek spokojnie się temu wszystkiemu poddaje. Takie to było słodkie i pełne miłości.



I mam już dość tego słońca.

Komentuj (2)

06.07.2011 (19:01)

I wróciłam i zderzyłam się z rzeczywistością.

Mieszkanie w dużym domu na uboczu ma i tę zaletę, że można chodzić po nim tam i z powrotem i płakać w głos - aż do kaszlu i do bólu gardła i do zawrotów głowy.

Gosia odeszła wcześnie; dobrze, że tylu ludzi zdążyło ją pokochać.

Komentuj (2)

07.07.2011 (16:27)

Poznałam ją prawie dwadzieścia pięć lat temu, kiedy spotkałyśmy się pierwszy raz na schodach koło moich drzwi – ja wychodziłam z moją maleńką córeczką na spacer, ona wracała właśnie do domu. Dowiedziałam się wtedy, że mieszka piętro wyżej i że jesteśmy sąsiadkami. Była wysoka i szczupła i mówiła takim cichym i spokojnym głosem, że aż mnie to wprawiło w zdumienie.

Nasze dziewczynki wychowywały się obok siebie, razem się bawiły, kłóciły, godziły, gniewały i przepraszały. Było między nimi tylko pół roku różnicy. Razem przeżywałyśmy ich pierwsze kroki w szkole, ich matury i ten ból rozstania, kiedy po maturze wyjechały na studia. Tamtej jesieni miałam na pulpicie laptopa wielkie zdjęcie Młodej i płakałam, że nie mogę dać jej rosołu, który właśnie się gotuje, a Gosia, kiedykolwiek do niej przyszłam, otwierała mi drzwi z czerwonym nosem i załzawionymi oczami i mówiła, że ma katar.

Była dla mnie niedoścignionym wzorem gospodyni. Zawsze smaczne jedzonko, apetyczne zapachy z kuchni, umyte okna, blask bijący z każdego kąta, wyszorowana kuchnia i łazienka, wszystko wyprasowane i Gosia – wciąż i wciąż zajęta w domu tym, żeby wszystko było dopięte na ostatni guzik. A przy tym była zawsze zadbana i elegancka i pamiętam, jak ją podziwiałam, że nawet do obierania ziemniaków zakłada rękawiczki.
Choćbym nie wiem jak wszystko u siebie wysprzątała i wyszorowała, to i tak w porównaniu z nią wypadałam mizernie.

Nie pokłóciłyśmy się nigdy i zawsze rozumiałyśmy się w pół słowa. Piłyśmy razem wódkę, jeździłyśmy na grzyby, uprawiałyśmy działkę, oglądałyśmy stare zdjęcia rodzinne i tańczyłyśmy a Cugowski ryczał nam do tańca. I prawie widziałyśmy razem ufo z jej balkonu pewnego letniego wieczoru...
Byłyśmy na bieżąco ze wszystkimi swoimi radościami i smutkami - wiedziałam o jej rodzinnych ślubach, pogrzebach, narodzinach, chorobach i wypadkach. Znałam jej rodziców i brata, i całą najbliższą rodzinę jej i jej męża, a ona znała moją. Bardzo ją lubili moi rodzice.

Kiedy Młody, w podstawówce jeszcze będąc, rozciął sobie głęboko rękę na rowerze i przyszedł do domu ze skórą wywiniętą na wierzch, w panice wstawiłam go do brodzika i do Gosi na górę pobiegłam po pomoc, boso, po dwa schody naraz, bo to był najlepszy pomysł, jaki wtedy przyszedł mi do głowy. Ona była zawsze spokojna, zrównoważona, o zupełnie innym niż moje, usposobieniu, pomocna i kojąca jak balsam.

Szyłyśmy na jednej maszynie do szycia, a kiedy miałyśmy już dwie, to dzieliłyśmy się jedną stopką, pożyczaną tam i z powrotem, że już potem straciłam rachubę, czyja ona właściwie była.
Był czas, że razem urządzałyśmy domowe balangi, zapraszałyśmy się na wielkanocne śniadania i przyjęcia komunijne. I przynosiłyśmy sobie nawzajem do degustacji wyprodukowane smakołyki. Wyjeżdżałam też z jej rodziną na weekendowe i wakacyjne wyprawy do krewnych.

Nasze kontakty były przez te wszystkie lata raz częstsze, raz rzadsze, bywało, że widywałyśmy się codziennie po kilka razy, a bywały i tygodnie przerwy. Parę lat temu wyprowadziła się do nowego domu i widywałyśmy się już rzadziej.
Byli też oczywiście w tym wszystkim przez ten cały czas nasi mężowie, ale oni tu nie mieli nic do rzeczy.

Wciąż słyszę jej cichy, łagodny głos.
Nie ma już mojej Gosi.

Komentuj (3)

12.07.2011 (12:21)

Dramatyczne życie na wsi objawiło się dziś nocną wizytą liska w naszym kurniku.
Kora szalała w nocy, przybiegała do sypialni, szczekała, piszczała... Myśleliśmy, że chce wyjść, bo dość późno jadła wieczorem. Stary wypuszczał ją i wpuszczał dwa razy, wreszcie zostawił otwarte drzwi do ogrodu i zasnęliśmy już na amen.
Gdybyśmy byli czujni i podejrzliwi, gdybyśmy wyszli z nią do ogrodu, kiedy podnosiła alarm, to może udałoby się zminimalizować straty... A tak, to ukradł bydlak trzy kury, a czwartą, zamordowaną porzucił w kurniku.
Podkopał się pod ogrodzeniem od strony pola sołtysa, tamtędy wszedł i tamtędy te kury wynosił, bo pełno piór zostało dookoła.
Mamy więc znów sześć kur.
Mamy też, jak się okazuje, czujnego psa stróżującego, który dzień i noc pilnuje gospodarstwa, tylko my jesteśmy za durni, żeby zrozumieć, co on do nas mówi.

Jesteśmy sami w domu, bo Młody wyjechał na wakacyjne szaleństwa.
Stary rozebrał blat kuchenny, który od początku był jedną wielką pomyłką, bo zachciało mi się blatu kafelkowanego i nikt mi w porę nie wylał zimnej wody na łeb. Gdyby jeszcze te kafelki były położone porządnie, a nie spartaczone, że to ani płaszczyzny nie trzymają, ani kątów prostych, to może by to było ładne i funkcjonalne. A tak, to właśnie kupiliśmy normalny blat z płyty i nie mogę się już doczekać przesuwania po nim garnków, które o nic pod spodem nie zahaczają.

Zabrałam się za renowację szafeczek do łazienki, które dostaliśmy od Ani i Jarka. Zdjęłam papierem ściernym starą powłokę i pokrywam lakobejcą, na razie mam stan po jednokrotnym pokryciu i trzeba będzie jeszcze raz, bo to już widać. Te szafeczki staną po obu stronach umywalki łazienkowej i zostaną przykryte tym samym blatem, w który będzie wpuszczona umywalka.



W naszych brzózkach zaczęły się już grzyby. Zajadamy lipcowe maliny, niedługo dojrzeją borówki. Zapowiada się też urodzaj jabłek; to dobrze, bo rok temu było bardzo niewiele. Psy jak w zeszłym roku kradną już jabłka z tych młodych niskich drzewek i pożerają na miejscu.
Pościnałam melisę i rozłożyłam do suszenia. Zbieram też zioła w polu. Ładnie wyglądają pęczki krwawnika, dziurawca i rumianku rozwieszone do wysuszenia na ścianie w tylnej sieni.



A oprócz tego, "nasza" krowa będzie się cielić we wrześniu, więc nie wolno jej już doić i mamy wakacyjną przerwę w dostawie mleka. Wczoraj odebrałam ostatnią dostawę i teraz będziemy znów biegać do sklepu po kartony.

Komentuj (4)

15.07.2011 (21:23)



Komentuj (3)

19.07.2011 (23:17)

Kiedy jesteśmy sami we dwoje, nie trzeba codziennie palić w piecu, żeby była ciepła woda. Bojler trzyma temperaturę dwie doby bez problemu. Pewnie to też i dlatego, że nie wychlapuję ciepłej wody na gary, bo mam zmywarkę.
Młody wraca w niedzielę, na tydzień tylko co prawda, ale.. odpoczęłam już od niego i teraz nie mogę się doczekać, kiedy go zobaczę.

Chodzę teraz późnej spać, bo rano mogę odespać i sprawia mi to ogromną przyjemność. Ale też i nie wysypiam się do południa, bo mi szkoda dnia.
Codziennie pracuję w ogrodzie i kiedy wieczorem się kładę, jestem naprawdę zmęczona jak pies. Czasem planuję te ogrodowe prace, a czasem tak po prostu wyjdę i samo mi się coś pod ręce nawinie i naraz robią się z tego dwie godziny harówy, że aż pot mi spływa po plecach. A potem rzut oka na pole bitwy i... efekt taki, że od razu żyć się chce.

Dziś na przykład przywracałam do życia cztery stare krzewy czarnej porzeczki, odkryte przypadkiem w kurniku. Były ogromne i bardzo zaniedbane, wyglądały jak powyginane straszydła, przewieszające czarne ramiona przez spróchniałe podpory.
Uwielbiam czarne porzeczki; są to jedne z tych owoców, przy jedzeniu których wierzę w istnienie witamin. Jak podliczyłam posiadane młode i stare krzewy, razem z tymi, co to je jesienią odmładzałam i młodziutkim krzaczkiem, uzyskanym z odkładu ziemnego, to razem mi wyszło jedenaście. Wszystkie są już teraz kształtne i zadbane, żeby jeszcze tylko owocowały, bo w tym roku kwitły co prawda, ale mróz majowy zmroził kwiaty i po zabawie.

Pożeram w ogromnych ilościach zieleninę – sałatę, szczypior, koperek i zieloną pietruszkę moją najukochańszą. Odkąd zaczęła się obfitość sałaty, zauważyłam, że przestały mi się łamać paznokcie. A co do pietruszki... kiedyś, jak jeszcze mieliśmy TV widziałam w programie kulinarnym u Pascala, jak robił on sałatkę taką oto: posiekany pęczek zielonej pietruszki plus kubełek jogurtu, posolić, popieprzyć, wymieszać, zjeść. No i w takich właśnie ilościach interesuje mnie zielona pietruszka.
Moja pietruszka w warzywniku wygląda jak cud genetyki, a to na pewno dlatego, że strzegą jej z dwóch stron rzędy aksamitek, a z trzeciej cebula.

Zaczynają dojrzewać pierwsze letnie jabłka, te oczywiście, których Kora nie zdołała poobgryzać z niskich młodych drzewek. Jest to chyba odmiana Close, z tym pustym gniazdem nasiennym.
Nigdy w życiu nie zjadłam tyle malin, co w tym roku. Obżeram się nimi codziennie - wchodzę w ten gąszcz, głowa w malinach, nogi w pokrzywach (terapia malinowo-pokrzywowa!), zrywam i napycham się, aż do momentu, kiedy robi mi się trochę niedobrze, a więcej dojrzałych już nie ma.
I nie mam wyrzutów sumienia, że nie robię z nich przetworów na zimę. Ale trochę mam wyrzuty sumienia, że nie mam wyrzutów sumienia.




Jemy też już własną cebulę i kapustę, które bardzo pięknie się udały. Nie mogę się doczekać fasolki. Pomidorki koktajlowe pod folią obsypane są zielonymi jeszcze na razie owocami. Coraz większe są owoce cukinii i kabaczków, już próbowaliśmy, pyszności!




Będziemy mieć też w tym roku pierwszy miód z naszych uli, dzięki Andrzejowi, bo Stary na razie ma zakaz zbliżania się do pszczół, zanim mu nie skompletuję odpowiedniego umundurowania.

No i kury się ładnie niosą.
Zamykamy je teraz na noc, ale nad ranem Stary wstaje jak już się rozwidni i otwiera im kurnik, żeby krzywdy nie miały - wszak dzień zaczyna się wcześnie. Zostawia też wtedy psom otwarte drzwi do ogrodu i przychodzi do łóżka spać dalej.

Komentuj (0)

21.07.2011 (18:59)

Dziś ostatecznie już mogę pokazać, jak stare szafeczki otrzymały nowe życie i zamieszkały w łazience.






Tak właśnie chciałam żeby to wyglądało.

Teraz się jeszcze zastanawiamy nad zaokrągleniem rogów blatu i nad tym, gdzie i jak powiesić ręcznik do rąk, i jakie lampki powinny oświetlać lustro, żebym sobie nie musiała codziennie rano wkładać spirali z tuszem do oka.
Lustro też jest z odzysku; to było lustro z pokoju Młodej i przez jakieś dwanaście lat było jasne, ale to się skończyło. "I nic się już z tym nie da zrobić" - jak mawia Małgorzata K. (ta kudłata).

A wanna wciąż czeka na lepsze czasy, ale jest to już ostatni element łazienki, który wymaga zmian.

Komentuj (6)

23.07.2011 (22:32)

Leżałam sobie tak jak zwykle z laptopem na kolanach, pod karkiem poduszka gryczana, nogi lekko ugięte... a że leżałam już tak długo, to coś mi te nogi zdrętwiały i ugięłam je mocniej i wtem laptop oderwał się od moich kolan i torem krzywej balistycznej wyleciał jakoś do góry, kantem pokrywy jebnął mnie w papę i rozciął mi skórę nad górną wargą do krwi. Myślałam, że pękł mi ząb.
Może miał z tym związek kieliszek wina wypity przedtem, a może nie miał. A był on wypity ze smutku, że Amy Winehouse nie żyje.
Po samokontroli uszkodzeń dokonanej przed lustrem łazienkowym i przyłożeniu kostki lodu nalałam sobie jeszcze tego wina, bo stwierdziłam, że teraz mam dwa powody, a zapicie się na śmierć mi nie grozi, bo nie mam na to warunków materialnych.

No a tydzień temu miałam solidną poprzeczną szramę na czole nad lewym łukiem brwiowym; jak szukałam w naszym lasku grzybów, to gałąź mnie musiała skaleczyć, ale jakoś wcale tego nie czułam. Potem bolało jak cholera przed dobre parę dni i Stary mówił, że wygląda nieładnie, ale ja za bardzo tego nie widziałam, bo był to czas, kiedy stare lustro już zdjęłam z łazienki, a nowego jeszcze nie powiesiłam, bo było w malowaniu. A znów nie jestem taka elegantka, żeby za wszelką cenę chcieć się zobaczyć w lustrze, jeśli się na nie przypadkiem gdzieś nie natknę.

Na wiosce pomyślą - ci nowi siedzą w domu sami, ta baba ma wakacje, a ten Stary już ma jej dość i okłada po mordzie, raz tu, raz tam.

Komentuj (3)

24.07.2011 (23:15)

Jestem sobie ogrodniczka, taka oto:



a nawet taka:



Cukinie i kabaczki owocują nareszcie i mogłam dziś zrobić tartę cukiniową:





Młody wrócił wreszcie do domu. Tak się cieszyłam... a on siadł do kompa i prawie cały dzień grał jak idiota w jakieś wyścigi samochodowe. Jestem przekonana, że jakby mu się za dupą zapaliła szafa, to mógłby nie zauważyć.


Jeździliśmy w sobotę ze Starym po mieście (wyjazd do miasta – ach, jak tego nie znoszę!), szukając czegoś niedrogiego na pokrycie dachowe naszej pięknej szopki gospodarczej. We wtorek wpada bowiem ekipa od utylizacji azbestu, zrywa eternit z dachu i oddala się pośpiesznie, a Testosterony muszą zrobić na tej szopce nowy dach.
Przy okazji ekipa usunie też azbestowy dach z kurzego domku. Pociągnie to za sobą konieczność przekwaterowania kur do letniej noclegowni, bo ten ich stary kurnik postanowiliśmy rozebrać. Po pierwsze stoi on w środku ogrodu, a po drugie ma niechlubną przeszłość.
Przed zimą trzeba będzie podjąć decyzję, czy ocieplamy ten letni kurnik, czy budujemy nowy. Ta pierwsza opcja może się okazać bez sensu, jeśli będzie wymagała zbyt wielu nakładów, bo i tak tego kurnika ostatecznie tam nie będzie.
Nasze kury mają wybieg, który zajmuje pół ogrodu i jest to jakieś przegięcie pały, tyle areału dla sześciu kur. Okroimy im ten teren, odsuwając go od domu ze względów estetyczno-higienicznych i zdroworozsądkowych, a ich nowy dom będzie zupełnie w innym miejscu, z dala od naszego.

Przy okazji padło mi chyba na mózg, tym razem z kurami. No ale co, jakiegoś szmergla muszę mieć, skoro lawenda rośnie bezproblemowo i nie zaprząta na razie mojej uwagi.
Otóż po tej lisiej inwazji na kurnik z nowo zakupionych kurek zostały tylko dwie. Traf chciał, że w ostatnim czasie miałam dużo robót ogrodniczych na kurzym terenie (a to jabłonka, a to czarne porzeczki, a to eksterminacja pokrzyw czy zrywanie piołunu do suszenia) i zauważyłam przy tym, że te dwie kurki wcale się mnie nie boją, że towarzyszą mi w pracy, podchodzą blisko i w ogóle... są jakieś takie niepaskudne, a nawet ładne, jasne - no kurze blondynki.
I jakoś po ludzku na nie spojrzałam raz i drugi... i znów powrócił pomysł z zielononóżkami. Krok po kroku nawiązałam przez internet kontakt z takim jednym i rozmawiamy o dwóch kurkach i kogutku.
Ale na razie jestem jeszcze w trakcie dogrywania transakcji.

Komentuj (7)

25.07.2011 (15:55)

Blondynki-narkomanki z entuzjazmem obskubują piołunowy krzaczek. Pewnie im się potem zdaje, że są strusiami.



Komentuj (3)

29.07.2011 (22:04)

Przyjechały pocztą zielononóżki. Listonosz, którego już dwa dni wcześniej uprzedziłam o spodziewanej przesyłce miał minę z lekka wystraszoną. Ale jak je przywiózł, to stwierdził, że nawet nie jest tak źle.
Kurki były w drodze trochę ponad dobę; zostały profesjonalnie zapakowane w ażurową skrzyneczkę opatrzoną napisami „żywe ptaki” i dostały na drogę przekrojone jabłuszko i ziarno. Przyjechały w bardzo dobrej kondycji, spokojnie sobie ko-ko-ko rozmawiające.
Kupiłam młode zielononóżki kuropatwiane - dwie kurki i kogutka.



Jest to rzadka rasa, bo kiedy się okazało, że nie nadają się do hodowli wysokotowarowej i zapadają w fermach na różne choroby, ich liczba zaczęła się gwałtownie zmniejszać. Potem trafiły nawet na opracowaną przez FAO Czerwoną Listę zwierząt zagrożonych wyginięciem.
Zielononóżki natomiast dobrze się sprawdzają w amatorskiej, drobnostadkowej hodowli. Mają silny instynkt macierzyński i dużą odporność na trudne warunki klimatyczne i środowiskowe i najlepiej ze wszystkich pierwotnych ras potrafią korzystać z pastwiska. Podobno oddalają się w ciągu dnia nawet na kilometr, a na noc wracają do kurnika.
Jest to stara polska rasa, która posiada charakterystyczne zielonkawe nogi i kuropatwiane ubarwienie piór. Natomiast kogucik jest prześliczny i kolorowy, jak z ilustracji w książeczce dla dzieci.

Do tych zielononóżek dokupiłam jeszcze jedną kurkę po ojcu zielononóżku, który zdradzał żonę, a że był bardzo lotny i pokonywał różne ogrodzenia, to właściwie nie wiadomo, komu to dziecko zrobił. Jest hipoteza, że kochince miniaturowej i to po niej kurka ma na nogach łapcie. Reszta jednak wyraźnie po ojcu, bo podobna jest bardzo do tych dwóch prawdziwych zielononóżek, tyle że dużo ciemniejsza. Jako mieszanka międzyrasowa jest ona potencjalnie świetną wysiadywaczką jaj.
Po tym zakupie wyraźnie wzrosły moje szanse na naturalne wyhodowanie puchatych kurczaczków wiosną 2012.










Na razie nowe kurki są oddzielone od „starych”, żeby się mogły do siebie wzajemnie przyzwyczaić. Obserwują się przez siatkę, spoglądają, gdaczą...
A te stare już nerwowo poprawiają makijaż – kogut przyjechał!

Komentuj (5)

30.07.2011 (16:00)

Byli u nas przez chwilę Gocha z Wieśkiem, pierwszy raz w tym naszym domu, a to przy okazji urlopowania nad morzem. Tak mi się żal zrobiło, kiedy już pojechali, że się aż poryczałam. Starość chyba czy co... musiałam się wina napić porządnie wieczorem, bo mnie żałość ogarniała i ten deszcz mnie w dodatku dobijał.
Wiesiek ze Starym dali nam sobie pogadać, a sami w tym czasie zrobili w kurniku ściankę, za którą mieszkają na razie młode kurki, dopóki nie pomieszają się ze starymi. Tak jest to urządzone, że cały czas się widzą – i w dzień, jak korzystają z wybiegu i w nocy, jak śpią na grzędach. Mają też osobne gniazda do znoszenia jaj, ale te małe oczywiście jeszcze z nich nie korzystają. Nowa ścianka ma siatkową furtkę na zawiasach zamykaną na zagięty gwoździk, a powyżej furtki uzupełniają ściankę drewniane poprzeczki. Cudeńko prawdziwe!
Wiesiek został zobowiązany do przyjeżdżania przez najbliższe dwadzieścia lat z gumiakami i kombinezonem do majsterkowania.
A z Gochą to przyjaźniłyśmy się już w przedszkolu. Mieszkałyśmy bardzo blisko siebie, więc bawiłyśmy się razem okrągły rok - na górach, na budowie, na śmietniku i na morwach, w domu i na podwórku, na sankach i na łyżwach. Miałyśmy jednakowe sandałki i razem też miałyśmy anginę, bo jak ona miała, to ja wchodziłam do niej do łóżka i też już potem miałam. Chodziło się razem na różaniec i paliło się fajki w piwnicy - i co tam akurat było na tapecie. Ale tapet to wtedy nie było.
Chodziłyśmy do jednej klasy w podstawówce, ale już do szkoły średniej ona wyjechała do Wrocławia. Chyba wszystkie jej tego zazdrościłyśmy. Uczyła się tam w takim technikum, co to obiecała po jego ukończeniu przyjechać do Miasteczka walcem drogowym, ale do dziś tego nie zrobiła. A szkoda, bo może teraz byśmy mieli więcej kilometrów autostrad w południowej Polsce...

Kogucik zapiał dziś rano, jeszcze tak nie całkiem dojrzale i głosem niewprawionym. A jak rozwścieczył Korę! Rozdarła się i szczekała chyba z dziesięć minut, oburzona, że wprowadził się tu jakiś intruz i jeszcze ma do powiedzenia.

No i chyba na łeb upadłam na starość – piszę CV, którego nigdy nie miałam; sytuację z pracą mam od lat ustabilizowaną, a kiedyś była przecież w tym kraju inna rzeczywistość i CV w niej po prostu nie istniało. Muszę przetłumaczyć to teraz na angielski i napisać jeszcze po angielsku list motywacyjny i … i wysłać.
I tak nic z tego nie będzie, ale jak zwykle stoi mi za plecami Młoda i delikatnie ale zdecydowanie kopie mnie w dupę.

Komentuj (5)
Blogi
Barbarella
Talenty
CudaMerigold
Dulbeb
Gunia
Lunia
Stary
Młoda
Jedzonko
Pesto
Wypieki
Ogród
Kompostownik
Róże (ang)
Róże (pol)
Róże (rus)
Na drutach
Drops
E-dziewiarka
IK blog
Ravelry
Reszta Świata
Janda
Kazik
MariaPeszek
Nohavica
Przemyk
WOŚP
OKOpress
Pińczów