Rodzynki wydłubane z życia...

Goście

Archiwum
2018
2017
2016
2015
2014
2013
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2012
2011
2010
2009
2008
2007
2006
2005

Fb
Poczta
Bank1
Bank2

Allegro
Avon

YouTube
Drzewo

statystyka
e-mail
RSS

Logowanie

Bibliografie

BLOG MAMOFYEN                                         To, co się jeszcze nie wydarzyło, można zmienić.


02.07.2013 (09:25)

Jestem w przerwie między dwoma bardzo atrakcyjnymi wyjazdami; jeszcze w żyłach mi krąży atmosfera tego poprzedniego, a już muszę myśleć o następnym i przestawić się na całkiem inne klimaty, inne ciuchy, walizka_nie_plecak, hotel_nie_namiot i w ogóle wszystko całkiem inne.

Marzyłam o obu tych wyjazdach, nie mogłam się ich doczekać i wreszcie nadeszły, marzenia więc się spełniają...

Prawda jest jednak taka, że myślę teraz tylko o tym, żeby już zewsząd wrócić, żeby być tu i tylko tu, zanurzyć się po uszy w tym ogrodzie i w tym życiu i nigdzie się już stąd nie ruszać.

Komentuj (0)

03.07.2013 (11:27)

Więc tak...















Komentuj (0)

03.07.2013 (11:35)

A zanim odlecę, to muszę się pochwalić - Młoda szaleje!



A tu można poczytać i posłuchać: FB, Soundcloud

Komentuj (2)

04.07.2013 (17:35)

Dziś rano wylądowaliśmy w Maladze i od tej pory jestem w Andaluzji.
Udało mi się od razu przy pierwszym posiłku spotkanie z gaspacho - pierwsze w życiu, udane. Jest to potrawa, o której dotychczas tylko czytałam.



Mieszkamy w nadmorskim miasteczku Benalmadena i stąd będziemy wyjeżdżać na zwiedzanie okolic. Jutro Sewilla.

Komentuj (0)

05.07.2013 (22:41)

Dzisiejsza podróż do Sewilli rozpoczęła się o ósmej rano i od razu obiecano nam, że będzie tam na pewno czterdzieści stopni, bo tam tak jest i już. Znaczy te czterdzieści, to jest, jak jest chłodniej, bo bywa i pięćdziesiąt.
Było co prawda na wyjeździe czterdzieści i cztery, ale były i piękne rzeczy i piękne miejsca do oglądania. Zwiedzaliśmy katedrę, Plac Hiszpański i ogrody Marii Luizy. Był też dostępny rejs stateczkiem po rzecze Guadalquivir, ale nie skorzystałam.





Wycieczka trwała cały dzień i do hotelu wróciliśmy dopiero przed dziewiątą, na późną kolację.
Narobiłam trochę zdjęć, a zanim dojechaliśmy do miasta, zachwycałam się drogą dojazdową przez góry Sierra Nevada, wśród plantacji oliwek i kwitnących słoneczników i wszechobecnych oleandrów, tonących w kwiatach różnych kolorów.
Jutro wycieczka do Malagi, ale to już bliżej, więc nie całodniowa – wyjeżdżamy po śniadaniu i wracamy na obiad.
A zajadam się tu rybami, warzywami i owocami – pyszne żarcie.

Komentuj (1)

06.07.2013 (22:05)

Dziś piłam malagę w Maladze i to nie jest to samo, co picie żywca w Żywcu, nie uwłaczając Żywcowi, oczywiście.
Z naszego miasteczka do Malagi jest kilkanaście kilometrów, więc podróż nie była długa. Miasto jest piękne – eleganckie i okazałe, a jednocześnie pełne urokliwych zakątków. Zwiedziliśmy muzeum Picassa, połaziliśmy uliczkami i degustowaliśmy też malagę i pata negra w przecudnej knajpce El Pimpi, gdzie bywały sławy i osobistości tego świata.







Na obiad wróciliśmy już do hotelu, a popołudnie spędziłam w miłym towarzystwie przy hotelowym basenie. Czyli od obiadu leżenie i oczekiwanie na kolację. Popływałam przez chwilę, ale woda w basenie jest dla mnie chyba za ciepła, no jakaś zupowata.
Po kolacji wybraliśmy się na spacer do tutejszego pięknego portu.

A jutro wczesna pobudka, bo już o 7:15 odjeżdżamy do Granady i Cordoby.

Siedzę teraz w barze, piję mojito i wrzucam notkę... chciałam jeszcze pododawać zdjęcia, ale się na ftp nie mogę dostać przez to tutejsze łącze.

Komentuj (2)

08.07.2013 (20:32)

Z kolejnych lokalnych specjałów jadłam wczoraj duszony byczy ogon, który jest daniem smakowitym, jeśli ktoś lubi wołowinę. Piłam też tinto de verano w wersji z sorbetem truskawkowym i wiśniowym (rozłącznie).

Zwiedzaliśmy dwa piękne miasta, Granadę i Cordobę, a w nich zabytki klasy zerowej.
W Granadzie była to Alhambra – zespół pałacowo-parkowy z tak pięknymi zakątkami, wnętrzami, detalami, roślinami i widokami, że mogłabym tam chyba zostać na zawsze.















Nieodmiennie zachwycały mnie piękne nawierzchnie, a także woda płynąca przez komnaty i patia - zamknięta w kamienne koryta i fontanny o przeróżnych formach.

















W Cordobie oglądaliśmy La Mezquita czyli meczet, a właściwie zgrabny melanż meczetu z katedrą z ponad tysiącem kolumn we wnętrzu.



Droga w jedną i drugą stronę prowadziła szosą biegnącą wśród bezkresnych plantacji oliwek i był to naprawdę cudowny widok. Kwadrans po kwadransie tylko oliwki i oliwki w równoległych rzędach na sąsiadujących ze sobą poletkach, przecinających się skośnie we wszystkich kierunkach.



Czy naprawdę nie ma szans, żebym mogła mieć w ogrodzie jedno jedyne drzewko oliwne? Przecież można by było wybudować małą szklarenkę tylko na to drzewko, ze ścianami rozbieranymi na lato... albo wciągać je na zimę do największego pokoju. No da się, czy nie?

W drodze zrobiliśmy popas przy wsiowym sklepie, gdzie miejscowi pili wino przy barze, a my zrobiliśmy zakupy. Zadowolony właściciel pokazał nam swoje małe muzeum tradycyjnego sprzętu i urządzeń, służących do tłoczenia oliwy.





Wszystkie zdjęcia do tej notki są autorstwa Karoliny.

Komentuj (1)

09.07.2013 (17:16)

8 lipca to był dzień w całości spędzony w miasteczku, gdzie mieszkamy, w Benalmadena Costa. Po śniadaniu poszliśmy do pięknego parku Parque La Paloma, gdzie oprócz niezwykłych okazów roślin jest trochę zwierząt i wszystkie mają się tu chyba dobrze i żyją obok siebie – no przynajmniej tak to wygląda. Koty, żółwie, kaczki, strusie, pawie i dzikie ptaki, których pełno wśród drzew. Pawie wykrzykują swoje skargi i przedostają się też pewnie cichcem do cywilizacji, bo na przylegających do parku uliczkach można dostrzec znak drogowy: Uwaga, pawie!









Jeśli mowa o tutejszych znakach drogowych, to spodobał mi się zwłaszcza taki znak zakazu z jeźdźcem na koniu i widziałam go wielokrotnie, a szczególnie przy wjazdach na autostradę. Niestety, nie udało mi się zrobić zdjęcia.

Wykąpałam się też wczoraj w Morzu Śródziemnym i miało ono temperaturę, sprawiającą przyjemność i nie pozwalająca zapomnieć, że jest się w morzu, a nie w garze z zupą. Poza tym pływanie w takim porządnie osolonym morzu jest bardzo przyjemne, bo nawet najcięższe dupsko łatwo wędruje do góry i ciało z lekkością unosi się w wodzie.
Nazbierałam ładnych muszelek, ale piasek plaży test tu paskudny - bury, brunatny i brudzący nogi.
Po południu oddawałam się życiu towarzyskiemu nad basenem i przysmażyłam sobie trochę plecy mimo unikania pełnego słońca, ale tutaj to tak już jest – nie da się nie opalić.

A wieczorem oglądaliśmy w hotelu pokaz flamenco, ja - siedząc nad basenem z nogami w wodzie i szklanką mojito w ręce i to było miłe zakończenie dnia.


Dziś po wczesnym śniadaniu pojechaliśmy do Gibraltaru i byłam bliżej Afryki, niż kiedykolwiek w moim życiu – dwadzieścia kilka kilometrów. Widać było góry Maroka, jednak aura dała odetchnąć, bo w mieście chodziliśmy zacienionymi uliczkami, którymi hulał dość silny wiatr – coś, co lubię. Wyciągiem na Gibraltar nie wjechałam, nie widziałam więc gibraltarskich małp i żałuję ale trochę cena przerosła moje oczekiwania.
Gibraltar jest terytorium brytyjskim na terenie Hiszpanii, trzeba więc było wypić angielskie piwo.





To ostatni dzień pobytu tutaj, jutro w południe wyjeżdżamy z hotelu na lotnisko w Maladze i stamtąd już lot Malaga-Berlin, a późnym wieczorem będę w domu.

Komentuj (3)

11.07.2013 (09:22)

Wróciłam w nocy, a dzisiejszy poranek spędziłam na ponadziewaniu notek z wyjazdu zdjęciami.

Zrobiłam też krótki obchód.
Kurczaki są brzydkie, bo rosną im już pióra i przestały być puchatymi kuleczkami, puchaty natomiast jest talerz z czymś, który odkryłam w piekarniku, no puchaty z powodu pleśni, która na tym czymś wyrosła bujnie i wygląda jak moherowy beret.
Gospodarstwo natomiast wygląda jak zapuszczona dżungla z ruinami gdzieniegdzie i czasem myślę, że tak już pozostanie na zawsze. W sieni pies nasikał na podłogę, w ogrodzie wiszą na krzakach zwłoki przekwitłych róż, a na dodatek jest zimno i mokro.
Idę zaraz z sekatorem w ten zapleśniały świat.

Komentuj (0)

13.07.2013 (17:50)

Wdrażam dziś ekologię wyższego rzędu, czyli smażę agrest wraz z ogonkami i szypułkami. No bo właściwie, kto powiedział, że one są niejadalne? Ludzie na przykład uważają za niejadalne ogryzki od jabłek, a ja całe życie zjadam jabłka CAŁE i nigdy jeszcze od tego nie umarłam.

Miałam inny plan, miałam szczere chęci i zasiadłam dziś do obskubywania tego agrestu, ale już po godzinie zasnęłam prawie z nudów, czułam bezmierny bezsens istnienia i bolało mnie całe ciało, a nie byłam jeszcze nawet w połowie. Wrzuciłam więc do jednej miski obrane i nieobrane i w zgodnej koegzystencji smaży się to teraz wszystko razem posypane cukrem.

Jeśli wszechpotężna Natura chciała uczynić szypułki na agrestowych kulkach, to jakie ja mam prawo wkraczać bezczelnie i niweczyć porządek tego świata?
Za rok wstąpię jeszcze o krok wyżej i usmażę w cukrze całą gałąź agrestową razem z kolcami!

Komentuj (0)

15.07.2013 (23:33)

Smażę agrest, czereśnie, maliny - wszytko naraz owocuje i trzeba przygotowywać się do zimy. Kurczęta rosną i są już całkiem podobne do mamy, a od czterech dni wypuszczamy je na ogólny wybieg dla kur. Wciąż nie wiem, ile jest kurek, a ile kogutków, ale mam nadzieję, że proporcje ułożą się korzystnie i zapewnią nam jajka dla nas i trochę do sprzedania.

Zakisiłam też dwa słoiki ogórków i będę tak robić co kilka dni w miarę ich dojrzewania. Może da się mieć tylko swoje własne zakiszone na zimę? Bo pierwszy raz w życiu udały mi się w tym roku ogórki w moim warzywniku, wreszcie!

Mamy znów miód z kolejnego udoju, tym razem wielokwiatowy z przewaga akacji - 24 słoiki z jednego ula, to chyba dużo. Trochę już sprzedałam i nie ma z tym żadnych problemów, bo jednak ludzie coraz częściej zwracają uwagę na to, co jedzą i niekoniecznie kierują się tylko obecnością szmatki w krateczkę, którą obwiązane jest wieczko produktu.

Zaczynają się też pomidory - moje tegoroczne eksperymenty, z nasion dobieranych według kryterium "nie czerwone". Jedliśmy już Black Cherry i Chocolate Cherry, a kolejne odmiany jeszcze nie dojrzewają. Mam też koktajlówki: Green Grape, Black Zebra, Snow White i Perun i trzy odmiany pomidorów o dużych owocach: Black Prince, Carbon i Black Krim.

Stary wiatrołap wreszcie zniknął.



I kwitną kolejne liliowce.













Lawenda też jest w pełni kwitnienia; nakupowałam wstążeczek, ale nie wyplatam, bo nie mam czasu. Pszczoły odkryły wreszcie lawendę i pracują na niej, zarówno w polu jak i na pojedynczych krzaczkach w ogrodzie. Tak więc na ewentualne pytania: "a po co ci tyle lawendy?", będę już mogła odpowiadać: "dla pszczół" i to jest zapewne znacznie stosowniejsza odpowiedź, niż dotychczasowe: "a po nic..."
Pszczoły dostarczyły mi alibi.

Komentuj (4)

17.07.2013 (20:54)

Oto zaczątki mojej Prowansji:






A w maju 2012 było tak:


Wczoraj po dziewiętnastej leżałam w kurniku na podłodze i robiłam zdjęcia. Małe, mimo że są już duże, to wciąż mieszczą się pod skrzydłami mamy. Dobranoc...


Komentuj (0)

18.07.2013 (13:11)

Cóż to za bzdury, że perpetuum mobile nie istnieje?
Każdy, kto ma naturalny ogród wie, że najprawdziwszym perpetuum mobile jest koper. Wystarczy raz go zasiać, a już potem wszystko kręci się samo. Każdego roku znikąd wyrasta tu i tam, no po prostu wszędzie - czasami też w warzywniku, ale głównie na rabatach kwiatowych. Od maja przy każdym odchwaszczaniu kwiatów przynoszę do kuchni pęczek koperku.
A on rośnie, rośnie i pięknieje, a wyrośnięta gałąź kopru z baldachami nasion to po prostu istne arcydzieło. Świetnie wygląda na różankach jako wypełniacz i tło do rozkwitających róż. Dojrzałe baldachy wkładam do kiszonych ogórków, ale też zbieram i suszę do bukietów i ozdób na zimę.

Mam taki ulubiony wzór z gałęziami kopru i od lat szydełkuję go w różnych wariantach . Miałam te koperki w bloku - dwie duże gałęzie na firance w oknie kuchennym, małe w okienkach drzwi do łazienki i wc. Powędrowały ze mną na wieś, i choć wysłużone, nadal zdobią wnętrza. Koperkową firankę uszydełkowałam dla mojej mamy do okna łazienkowego, a teraz dłubię abażur, na którym też będą te motywy.

W tym roku wymyśliłam, że zrobię sobie na zimę koperkowy obrazek, wykorzystując ramkę sprezentowaną przez majowych gości. Gałązki kopru przyciśnięte między podkładkami śniadaniowymi włożyłam na kilka dni pod dywan, żeby się spłaszczyły, a wczoraj dokończyłam, wykorzystując jako tło len z szarej lumpeksowej zasłonki o fajnym, zgrzebnym splocie. I mam nowy obrazek do jadalni!







Komentuj (5)

24.07.2013 (20:51)

Bosko się śpi w tym domu, w tej wsi. Kiedyś pełnia księżyca odbierała mi spokój, bo powiedzieć, że odbierała sen, to byłoby za wiele. Jednak na widok tego łysego łba zasłaniałam okna i pilnowałam, żeby nigdzie nie było nawet małej szczeliny, przez którą mógłby zajrzeć. Tak było nawet kiedy byłam bardzo młoda - pamiętam jak za czasów studenckich będąc u rodziców wchodziłam na krzesło i spinałam zasłony klamerką, bo nie schodziły się u góry i łysy miał okienko.

Teraz śpimy z odsłoniętymi oknami, łysy świeci mocno w prawym oknie kiedy zasypiam, a ja śpię jak beton. W nocy słyszę wprawdzie różne rzeczy i rzadko mam tu noc przespaną ciurkiem bez żadnych przerw; często Kora chce wyjść, trzeba wstać i ją wypuścić, a potem za parę godzin wpuścić, bo szczeka przy drzwiach. Słyszę koty, bo ganiają się po domu, jak tylko Kora wyjdzie do ogrodu, a przychodzą też do łóżka połasić się i bodnąć łbem w policzek. Jednak na łysego chyba się uodporniłam.

Rano budzik mamy nastawiony za szóstą, żeby wypuścić kury. Kurnik u nas musi być zamknięty na noc ze względu na lisy, więc kurki same nie wyjdą. Ceremoniał wygląda tak: nasypanie małym ziarna, otwarcie wyjścia dla kwoki z dziećmi, zamknięcie wolierki, otwarcie drzwi dla pozostałych kurek, powrót do łóżka. Drzwi do ogrodu zostawiam już wtedy otwarte, żeby psy łaziły sobie same tam z powrotem i nie zawracały dupy i śpimy tak przy tych otwartych drzwiach czasem nawet do dziewiątej. Uwielbiam to!

Dziś nastąpił w naszym gospodarstwie moment epokowy, no rzec by można nadejszła wiekopomna chwiła i puściliśmy na ogród wodę ze studni.
Mamy nadzieję, że teraz, po półtora roku działania we wsi kanalizacji, woda się już jakoś oczyściła (czy woda może SAMA się oczyścić?), no w każdym razie że się już przez te półtora roku nie zanieczyszcza. Tak czy siak, woda leci na razie na ozdobną część ogrodu i trawniki, bo tam nie ma warzyw i nic do jedzenia. Jest to dolna część ogrodu, a woda w górę przecież nie popłynie. Nowa woda napełniająca studnię, będzie coraz mniej zanieczyszczona, tak sądzę. Z czasem wszystko będzie można nią podlewać, również część owocowo-warzywną.
I to by oznaczało, że będziemy mieć darmową wodę do podlewania ogrodu. No prawie - pompa jest na prąd.



Komentuj (1)

29.07.2013 (22:35)

Degustowałam dziś wino domowe z zeszłorocznych renet i ... no, nie jest źle. A jakie miałam oko! Przechylając stojący w sieni pod schodami 50-litrowy balon od Ozdóbki, wlałam do garnka akurat tyle, że starczyło na 2 duże lampki. Obydwie dla mnie - że dodam taki czysto formalny komunikat.

Od jutra mobilizacja - przyjeżdżają moje dziewczynki od latania na miotłach, a latamy tak już razem wiele lat. Mariola i Gocha spędzają swoje urlopy nad morzem i mężowie je tu do mnie przywiozą, a Beata jedzie specjalnie taki kawał świata, ale jeszcze nigdy tu nie była, a to już 3 lata, więc musi swoje odpokutować.

Z Gochą znamy się od przedszkola i pamiętamy się z tych przedszkolnych czasów, kiedy to leżakowałyśmy obok siebie na dywanie i obydwie kochałyśmy się w niejakim Andrzeju o nazwisku chronionym ustawą o ochronie danych osobowych. To ta od walca drogowego i nie będę się powtarzać, bo pisałam już o tym tutaj.
Z Mariolą chodziłam do jednej klasy w podstawówce i do tego samego LO. To ona zawsze pisała najpiękniejsze wypracowania z polskiego. Moje dzieci i jej dzieci mają zupełnie przypadkiem te same imiona. Szczerze mówiąc, wygląda to tak, jakbym je od niej ściągnęła, bo moje dzieci są trochę młodsze... ale to nie było tak.
Beata była atrakcyjną trzynastolatką, która pewnego lata przyjechała do Miasteczka z odległej północy i razem chodziłyśmy do klasy w podstawówce i potem w LO. Jej mąż jest ojcem chrzestnym Młodej, a ja jestem matką chrzestną jej córki.

Tak się cieszę na to spotkanie, na to gadanie... Choć widujemy się nieczęsto, to jednak wiadomo, że wiemy o sobie bardzo dużo, że pamiętamy różne historie i możemy pytać o takie rzeczy, o które nie mógłby pytać nikt inny.

Znam i pamiętam ich charaktery pisma i choćby napisały tylko "dupa" na obgryzionej kartce, to będę wiedziała, która to z nich.


Starego się zamknie w piwnicy, a na klapę nasuniemy jakąś szafkę.

Komentuj (3)
Blogi
Barbarella
Talenty
CudaMerigold
Dulbeb
Gunia
Lunia
Stary
Młoda
Jedzonko
Pesto
Wypieki
Ogród
Kompostownik
Róże (ang)
Róże (pol)
Róże (rus)
Na drutach
Drops
E-dziewiarka
IK blog
Ravelry
Reszta Świata
Janda
Kazik
MariaPeszek
Nohavica
Przemyk
WOŚP
OKOpress
Pińczów