Rodzynki wydłubane z życia...

Goście

Archiwum
2018
2017
2016
2015
2014
2013
2012
2011
2010
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2009
2008
2007
2006
2005

Fb
Poczta
Bank1
Bank2

Allegro
Avon

YouTube
Drzewo

statystyka
e-mail
RSS

Logowanie

Bibliografie

BLOG MAMOFYEN                                         To, co się jeszcze nie wydarzyło, można zmienić.


01.08.2010 (23:10)

Gdyby ktoś wątpił w moje talenty w dziedzinie chirurgii i ortopedii pomidorów, to proszę.

Tak wygląda wyleczone złamanie łodygi krzewu pomidorowego z notki z 21 lipca:


A oto górna część tego krzewu:


A łodyga była wyłamana pod kątem 180 stopni, tak, że wierzchołek krzewu dotykał ziemi. Zdjęcia były robione dzisiaj; po 11 dniach krzew jest zielony, owoce zielone, nic nie więdnie, nic nie zasycha - złamanie się zrosło!

Komentuj (0)

08.08.2010 (17:39)

Zaczęło się! W naszym własnym lesie rosną nasze własne grzyby.


Już trzy razy było grzybobranie, trochę jemy, trochę suszymy - same kozaki (bo to brzózki). Pięknie się suszą na piecu CO, porozkładane na metalowych siatkach. Chodzę sobie po te grzyby z pieskami, tak znienacka. Nastawię zupę, biorę koszyk, nożyk, wskakuję w gumiaki i lecę.
Po 15 minutach jestem z powrotem.


Komentuj (10)

19.08.2010 (00:08)

Dziś notka ewolucjonistyczna... nooo... taka refleksja o upływającym czasie.

Marzec 1992


Sierpień 2010


A w ogóle, to nadziwić się nie mogę, skąd NAGLE wziął się rok 2010?!?!

Komentuj (2)

23.08.2010 (16:32)

Nie jest dobrze. Mają w szopie kota, wymierzonego przeciwko mnie, niczym tajna rakieta balistyczna. Obiecują, że go tylko złapią i zaszczepią, a potem znów wróci do tej szopy, ale ja mam widzenie, że wracam pewnego razu z pracy, a on mi łazi po stole między talerzami!
Pojawił się parę dni temu znikąd, zalogował się między piwoniami a marchewką i piszczał: "iii, iii, iii!"

Widziałam go, tego sierściucha. Ładny jest, niestety.

Komentuj (4)

24.08.2010 (08:40)

W ciągu kilku ostatnich dni chłopcy ułożyli na przednim podwórku piękny bruk ceglany, który, jak to powiedziała Dziedziczka, wygląda, jakby tu był od zawsze. Czyli jak ten w piwnicy. W piątek i sobotę pracowali cały dzień, od rana do ciemnej nocy.

Wczoraj mieli jeszcze dokończyć i po południu Młody kruszył obuchem siekiery ceglane odpadki do utwardzenia podjazdu za bramą, biorąc za każdym razem tęgi rozmach zza głowy.


Stary w tym czasie układał "nitkę" łączącą nawierzchnię ceglanego podwórka z placykiem gospodarczym pod jaśminowcem. Porobiłam im trochę zdjęć, a tu nagle Młody chwycił się za głowę i powiedział: "mamo, idź do domu". Przy ostatnim rozmachu zatoczył zbyt mały łuk i... rozciął sobie łeb. Siekierą.

Zanim pojechali na pogotowie, trzeba go było z grubsza obetrzeć z brudu, bo po całym dniu pracy przy tym podwórku był dosłownie czarny.
Lekarz na izbie przyjęć stwierdził: "mała ranka, jeden szew" i odesłał do poradni w wielogodzinną kolejkę. No to wrócili do domu.

Co ja się wczoraj napłakałam.. wszystko naraz mi się przypominało, te wszystkie jego wypadki, urazy, choroby, hospitalizacje i operacje.
Bo myślałam, że to już za mną.

Komentuj (4)

30.08.2010 (20:07)

A dziś już czwarty trzeci dzień z rzędu długi spacer z pieskami do lasu, tym razem w pełnym uzbrojeniu: spodnie, wysokie gumiaki i kubki na jeżyny w koszyku. Te ludzie tutejsze wcale nie zbierają jeżyn - jest ich mnóstwo i takie dojrzałe, że wystarczy rękę podłożyć i potrząsać gałązką i same spadają.

Więc właziłam w te jeżyny, rozgarniałam je, wynajdywałam całe kiście i strząsałam i zrywałam i palce miałam na oślep skrwawione ich sokiem, ale i krwią własną też, oczywiście. I kolana mam całe pokrwawione, mimo spodni i tych wysokich butów. Czyli bez ofiar w ludziach się nie obyło.

I widziałam dwa jelonki, czy koziołki, czy sarenki - nie znam się, one dla mnie wszystkie jednakowo wyglądają. Stały sobie na polu nieruchomo i przyglądaliśmy się sobie wzajemnie.

A kiedy wracałam, to z ogromnej, wielkiej dalekości widać już było ciemną ścianę moich brzózek, przecinającą monotonię pól, a za nimi, pod parasolem akacji brązową prostą linię dachu... A tam, to już nie żadna licentia poetica była, tylko mój własny fymek z fominka! (fewnie fotują fawę)






Wielkie przedsięwzięcie imprezowe też już za mną, bałam się, że nie podołam, ale jakoś dałam radę, dzięki pomocy Karoliny, z którą pamiętam, że chciałam się ożenić, a przynajmniej odkupić ją od Marcina. Wszystkim gościom dziękuję, byłam szczęśliwa, że zdołałam zebrać ich do kupy (choć oczywiście nie wszystkich, bo tak dobrze, to już nie ma).

15 osób, obrusy z poszewek, stół zestawiony z 4 stolików, każde krzesło inne, na stole 2 bukiety z rudbekii w przedwojennych butelkach po maggi z klombu mojej babci.
Najpierw: kawa, ciasto drożdżowe z borówkami z ogrodu i kruszonką oraz brzoskwinie z drzewa w kruchym cieście z Biedronki (seria limitowana!), miód z mojej pasieki (pszczoły Andrzeja), marmoladka z mirabelek, białe winogrona spod folii...
Potem: schab pieczony faszerowany czosnkiem, boczek pieczony w rozmarynie, smalec domowy smażony poprzedniego dnia, ogórki kiszone w poniedziałek, sałatka jarzynowa tradycyjna (jak za Komuny), jaja w majonezie, kapuśniaczki z drożdżowego ciasta na ciepło, leczo (z papryki, cukinii, cebuli i pomidorów lima), a do niego pieczone w rękawie foliowym udka z kurczaka i gotowany ryż.
Wódka, wino, piwo, soki, cola.
Wszystko chyba...

Muszę zapamiętać.

Komentuj (5)
Blogi
Barbarella
Talenty
CudaMerigold
Dulbeb
Gunia
Lunia
Stary
Młoda
Jedzonko
Pesto
Wypieki
Ogród
Kompostownik
Róże (ang)
Róże (pol)
Róże (rus)
Na drutach
Drops
E-dziewiarka
IK blog
Ravelry
Reszta Świata
Janda
Kazik
MariaPeszek
Nohavica
Przemyk
WOŚP
OKOpress
Pińczów