Rodzynki wydłubane z życia...

Goście

Archiwum
2018
2017
2016
2015
2014
2013
2012
2011
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2010
2009
2008
2007
2006
2005

Fb
Poczta
Bank1
Bank2

Allegro
Avon

YouTube
Drzewo

statystyka
e-mail
RSS

Logowanie

Bibliografie

BLOG MAMOFYEN                                         To, co się jeszcze nie wydarzyło, można zmienić.


01.08.2011 (22:34)

Są takie dwa dzieciaki, które postanowiły pójść nad morze i poszły. Z Wrocławia poszły. Idą sobie, deszcz na nich pada, ludzie ich karmią kiełbaskami a psy, co ich miały obszczekiwać, towarzyszą im w drodze.
Założyli bloga podróżnego, gdzie raportują wydarzenia kolejnych dni. Znam tylko męską połowę tego teamu, czyli Mi.

Mi, kiedyś wyglądał tak:



Były to trzecie urodziny Młodej (siedzącej obok Mi), świętowane w domu, w którym mieszkali kiedyś nasi babcia i dziadek, jednak wtedy nie było ich już z nami.
"Nasi", czyli moi i Mi – bo my jesteśmy ciotecznym rodzeństwem.

A tu jeszcze zdjęcie, na którym jest nasz dziadek Ludwik. Mój Stary trzyma na rękach Mi – swojego chrześniaka, a ja małą Młodą:



Ale kolory na tych zdjęciach jakieś paskudne są.
(Już nie są. Gliniany załamał ręce na ich widok, ponaprawiał i przesłał mi już ładniejsze; teraz przynajmniej maja kolor inny niż brązowy. Dziękuję!)

MiMaj – szerokiej drogi, przyjaznych psów i niech ten deszcz pada we wszystkich pozostałych województwach!

Komentuj (1)

02.08.2011 (18:29)

Omajdarling!
Cztery dni pisałam to cv i tłumaczyłam, a potem poprawiali mi je mądrzejsi ode mnie. Młoda w tym tekście grzebała wcześniej i później. Potem żmudne formatowanie i poprawianie, a jak myślisz, a dwukropek, a myślnik, a podpunkcik, a to wyrzuć, a tamto zostaw ... no i żeby też wyglądało.
Nie miałam już siły i list motywacyjny napisałam po polsku, a przetłumaczyli mądrzejsi.

Jak kliknęłam wreszcie dzisiaj "wyślij", to poczułam ze strachu, jak mi się w brzuchu wszystkie flaki wywróciły. Chyba jestem już za stara na takie zabawy. Powinnam wreszcie siąść na dupie i nie wymyślać.
Tylko, że mnie wciąż łapy świerzbią.

Jeszcze w tajemnicy przed Młodą, wyrzuciłam przed wysłaniem "good communication skills" z punktu "Personal qualities". Bo jakby tak jednak zadzwonili i zaczęłabym się jąkać, to żeby wiedzieli, dlaczego.

Komentuj (3)

03.08.2011 (12:18)



No i już wiem, co to za niespodzianka od DoDy.
Co prawda mam awersję do wszelkich łańcuszków i tworów spamopodobnych, niemniej za wyróżnienie bardzo dziękuję, bo każdemu miło, jak ktoś go czasem doceni.

Siedmiu rzeczy o sobie, których nie wiecie nie napiszę, bo jeśli o nich nie wiecie, to znaczy, że nie mieliście wiedzieć. Na tym blogu z założenia piszę tylko o niektórych rzeczach z mojego życia, tych które zostają na sitku po przesianiu reszty przez małe dziurki.
A ta reszta jest milczeniem.

Nominuję tylko jednego bloga, jest to Doctor Lecter, którą czytam od wielu, wielu lat.
To jest blog, który nie ma sobie równych, a Baśka jest osobą, jakich nie ma wielu na świecie. To dla mnie zaszczyt i honor, że mogę ją czytać.

Komentuj (2)

04.08.2011 (18:00)

Mimo istnienia w wiosce stacjonarnego sklepu całorocznego nadal funkcjonują różne obwoźne formy sprzedaży tego lub owego.
-Piip-piip! - słychać z daleka i oznacza to, że jedzie pieczywo / mięso / mrożonki i lody / pasze dla zwierząt / środki ochrony roślin - niepotrzebne skreślić.
Każdy pojazd ma inny sygnał dźwiękowy. Najbardziej melodyjnie grają pasze dla zwierząt. Jeżdżą w czwartki po czternastej i najpierw je słychać, a potem wielki pojazd przetacza się przez wieś.
Z dobrodziejstwa przywożonych do wsi mięs i wędlin mogę korzystać tylko w wakacje, bo jeżdżą w czwartki przed południem, no to przecież ja wtedy pracuję. Pieczywo kiedyś wożono z dwóch różnych piekarni, jedno rano o siódmej, drugie w późniejszych godzinach przedpołudniowych, ale teraz już chyba zostało tylko to drugie, bo sklep stacjonarny jednak robi swoje.
Dziś wybrałam się do mięsnego marketu, urzędującego w białej furgonetce i nawet mi się udało go znaleźć. Kiedyś już co prawda tego lata podjęłam poszukiwania, ale jak poszłam w górę wsi, to on był na dole, a jak poszłam na dół, to już odjechał.
Przy takim sklepie, to jak w maglu za dawnych czasów; pogadać można, dowiedzieć się ile kto już ogórków zakisił, bo i kolejka jest nawet, choć nieduża. Produkty świeże i smaczne, w dużym wyborze i podobno tańsze niż w normalnym sklepie.

Znów jesteśmy ze Starym sami, bo Młody pojechał zbawiać świat - uczyć pierwszej pomocy, stać na warcie, konfiskować młodzieży trawę i szklane butelki i przy okazji słuchać koncertów. Potem pobędzie z nami tydzień i znów na dwa tygodnie wyjeżdża.

Młoda natomiast rekrutuje się do różnych drapieżnych firm, bo kończy jej się drugi staż i musi teraz poszukać czegoś innego. Wierzę, że dostanie, czego będzie chciała i uważam, że jest tego warta.

Obijanie się tu po tym domu i ogrodzie - skubanie malin, zrywanie fasolki, fotografowanie pootwieranych bezczelnie kwiatów, ciapu-ciapu z pieskiem, drapu-drapu z kotkiem (ze Starym nie bardzo, bo robi pilną pracę i ma ten swój obłęd w oczach, jak się próbuje z nim wejść w interakcję), kręcenie filmu o tym, jak zielononóżki żarłocznie wpitalają fasolkę, wyprawa w brzózki po kozaki, obiadek, książka i piwko na kocyku - mam tu wakacje mojego życia.
I nie wiedziałam, że wieszanie prania we własnym ogrodzie może być takie przyjemne.

Dziunia na oknie w łazience.


Komentuj (2)

05.08.2011 (22:19)

Postanowiliśmy nauczyć psy, że jak państwo wychodzi, to one zostają przed domem i pilnują obejścia. Bo przecież to wsiowe burki są i jakże mają stróżować, skoro są zamknięte w domu.
No kto to widział!

Kilka razy już nawet próbowałam, jak szłam wieczorem po mleko, a Testosteronów akurat nie było w domu. No, ale to było najwyżej dwadzieścia minut i to jak się z panią Jadwigą zagadałam.
Psiaki zostawały wtedy przed domem i grzecznie siedziały przy bramie, kiedy wracałam. Co prawda trochę płakały, jak wychodziłam, ale trzeba by słyszeć, jak rozpaczają, kiedy wychodzę na minutę do sklepu i to nawet wtedy, kiedy w domu ktoś jest.

A teraz robimy to systemem autorskim. Żeby nie histeryzowały, że oboje wsiadamy do samochodu i odjeżdżamy, to Stary sam wyjeżdża, a ja wtedy jeszcze jestem z psami w domu i maluję rzęsy. Po chwili jednak też wychodzę, a psy wychodzą ze mną i zostają w ogrodzie.
Otwieram spokojnie bramę i idę sobie niby tak donikąd. I nie płaczą! Nie to, co jak idę do sklepu.
I idę tak sobie, a tam... pod przychodnią, w środku wsi czeka na mnie w samochodzie Stary. Wsiadam i jedziemy już razem do tej cywilizacji.

Tydzień temu zostały tak na trzy godziny, a dziś na cztery.
A jak wracamy, zbiegają ze schodków i merdają całymi swoimi osobami, a nie tylko ogonami. Ale naprawdę nie wiem, czy bardziej one merdają, czy bardziej nam się cieszą michy na widok tych naszych futrzaków!


Komentuj (4)

09.08.2011 (22:26)

O drugiej w nocy z niedzieli na poniedziałek Kora znów to usłyszała. Zaalarmowała, obudziła nas i ja też usłyszałam przez uchylone okno gdakanie kur. Wybiegliśmy do ogrodu, Stary szybko otworzył kurnik i wtedy to bydlę wydostało się przez dach, zeskoczyło na ziemię i uciekło. Jednak i tak było już za późno. Cztery nasze niedawno kupione kurki leżały martwe.

Przekopałam fora tematyczne i okazuje się, że to jest zabawa non stop – lisy kradną kury z kurników i z wybiegów przez cały rok, latem i zimą, w dzień i w nocy. Czasem kradną jednej nocy po dwadzieścia kur. Podkopują się pod siatką, wdrapują się po siatce, przeciskają się przez nieprawdopodobnie wąskie szpary. Ludzie wymyślają na nie pułapki chwytające je żywcem lub zabijające i zalewają im wodą nory, jak już je namierzą w lesie. Traktują je zatrutym lub nafaszerowanym szkłem mięsem, puszczają prąd przez ogrodzenie, strzelają z wiatrówki. Stosują profesjonalne repelenty naśladujące zapach człowieka i po amatorsku rozwieszają na ogrodzeniu przepocone koszulki. Mają też psy, ale psów nie bardzo się lisy boją – co prawda dają się wystraszyć, ale potem wracają.

Przerażające. Nie wiedziałam, że to tak wygląda. Zastanawiam się teraz, czy to ma jakkolwiek sens - ta zabawa w hodowlę dziesiątki kur i ciągłe zastanawianie się, czy uda się je utrzymać przy życiu.
Jest mi tak bardzo przykro... Tak wiem, to śmieszne. To TYLKO kury i miałam je TYLKO dziesięć dni. Za bardzo się zaangażowałam. Teraz odechciało mi się wszystkiego i nawet nie chodzę do kurnika po jajka. Stary je przynosi wieczorem, jak zamyka kury na noc.

Musimy przeorganizować wybieg dla kur i zbudować nowy kurnik. Może wtedy znów spróbujemy.
A ta notka to pożegnanie z moimi wymarzonymi zielononóżkami. Z kurkami, które karmiłam sałatą, marchewką i fasolką z moich grządek, dla których zbierałam lebiodę i gwiazdnicę, a potem siedziałam na pieńku i patrzyłam, jak zajadają.
I z moim pięknym tęczowym kogucikiem jak z książeczki, który tak dzielnie uczył się piać i już coraz częściej udawało mu się prawdziwe czterosylabowe „kukuryku!”



Komentuj (3)

10.08.2011 (15:22)

Kiszę ogórki. Wczoraj była pierwsza tura, dziś druga – razem dwadzieścia siedem słoi Wecka. To jest dużo, zważywszy, że rok temu nie robiłam ich wcale i w poprzednich latach też nie było lepiej. Kiedyś kisiłam ogórki, ale to było dawno i nieprawda. A w tym roku to dla Młodego; to będzie jego ostatni rok w domu, a on tak lubi te kiszone ogórki, niech się dziecko naje.
Mam ogórki z dwóch źródeł: jedne z naszej wsi, drugie z sąsiedniej. Pozaznaczałam słoje, żeby na przyszły rok wiedzieć, od której pani lepiej kupować. A musiałam kupić, bo niestety na moje ogórki trzeba znów w tym roku spuścić zasłonę miłosierdzia, co chyba tym razem zawdzięczam nornicom.

Zalewę do kiszonych ogórków robię z wrzątku, w którym rozpuszczam sól i trochę cukru. Na trzy litry wody wsypałam trzy czubate łyżki stołowe grubej soli i łyżkę cukru. Gorącą zalewą uzupełniam słoiki, w których oprócz ogórków lądują baldachy kopru, czosnek i korzeń chrzanu. Brzeg słoja i gumową uszczelkę wycieram do sucha i zamykam słoje sprężyną. Odstawiam w kuchni, a za dzień-dwa, jak porządnie zmętnieją, wynoszę do piwnicy.
Dowiedziałam się wczoraj, że ten gumowy cycek, który wystaje poza brzeg słoika sygnalizuje, czy słoik się nie rozszczelnił. Jak cycek skierowany do góry, to w porządku; jeśli w dół lub poziomo to znaczy, że prawdopodobnie zawartość jest już niejadalna. Wystarczy w piwnicy rzucić okiem i już wiadomo.

Z większych ogórków robię gotowy półfabrykat do przyrządzania zupy. Ogóry obieram ze skórki, ścieram na grubej tarce, dodaję na każdy kilogram ogórków czubatą łyżkę soli, do tego trochę czosnku, trochę nasion kopru i po dokładnym wymieszaniu nakładam taką pulpę do zakręcanych średnich słoików. Już to kiedyś robiłam i jest to świetny patent, bo potem przy gotowaniu zupy ogórkowej można wyeliminować te najbardziej upierdliwe czynności.

Z rozpędu robię też od razu pyszną sałatkę zimową z ogórków, papryki i cebuli z dodatkiem kurkumy według przepisu Majki. Wczoraj przygotowałam fazę dnia pierwszego, dziś będę pasteryzować słoiki.

No i zakisiłam też parę dni temu cztery główki mojej kapusty, bo nie miałam na nią lepszego pomysłu. To jest niby kapusta wczesna, więc na zimę się pewnie nie nadaje, ale co tam wyszło z tych czterech główek! Mały garnek kamienny, akurat tyle co na teraz. Już pachnie ładnie kiszonką i dziś wieczorem gar powędruje do piwnicy.

W rezultacie stoję godzinami przy blacie kuchennym i Stary dziś sprawdzał, czy nie wydeptałam w tym miejscu dołka w podłodze.
Ale i tak mi odpadło najbardziej kretyńskie w tym wszystkim zajęcie, jakim jest mycie słoi. Błogosławię zmywarkę - wrzucam jej do paszczy te wszystkie słoiki, zakrętki i przykrywki i wyjmuję umyte i gorące.

Komentuj (4)

11.08.2011 (13:23)

Czytam znów "Sto lat samotności", już chyba czwarty raz. Miałam taki plan, żeby wreszcie zabrać się za rozrysowanie porządnego drzewa genealogicznego tych wszystkich Aurelianów i Jose Arcadiów, ale szczęściem ktoś już to wcześniej zrobił i mogę korzystać z internetowego gotowca. Uwielbiam tę powieść. Kiedy pierwszy raz ją przeczytałam, to przekopałam się następnie przez wszystkie inne książki Garcii Marqueza; z wielką przyjemnością, ale tylko raz.
Do "Stu lat samotności" wracam, jest to zdecydowanie jedna z moich "najulubieniejszych" (jak mawiała pewna mała dziewczynka) książek, a Urszula jest jedną z bohaterek literackich, z którymi się identyfikuję.
Czytanie tej książki też się odbywa w specjalny sposób, nie tak, że biorę ją znienacka i czytam kilka stron, o nie. Zasiadam, zalegam, aranżuję sobie jej czytanie, urządzam sobie okoliczności. Na przykład tak:



No i tym razem na dużej pomarańczowej kartce wynotowuję strony z najsmaczniejszymi cytatami, może któryś z nich tu kiedyś wrzucę.

Komentuj (5)

13.08.2011 (19:18)

Ta łapa to moja. Te brzoskwinie też.



Komentuj (2)

14.08.2011 (17:09)

Weekend, a zwłaszcza, o zgrozo, wydłużony weekend poznać można po tym, że całymi dniami słychać u nas wycie syren różnego rodzaju, dobiegające od strony drogi krajowej, oddalonej o jakiś kilometr. Szaleńcy jeżdżą szybkimi samochodami i zabijają siebie, a także niestety zabijają innych szaleńców oraz nieszaleńców też. To jest z pewnością jedna z przyczyn, że boję się być kierowcą, zwłaszcza od kiedy zaobserwowałam, że ludzie, którzy nie umieją czytać i nie są w stanie ukończyć żadnej szkoły ani zdobyć żadnego zawodu, zdają owszem egzaminy na prawo jazdy. Znam takich, przysięgam.
Tłumaczę to sobie tym, że być może ich twardy dysk w mózgownicy wypełniony jest w całości umiejętnościami, potrzebnymi do prowadzenia samochodu i dlatego to czytanie już im się tam nie mieści. Jeśli tak jest, to istnieje możliwość, że są oni potem nawet całkiem dobrymi kierowcami.
No cóż, to mnie niestety przeraża tym bardziej, ja mam fobię i koniec. Co wydaje się tym głupsze, że kiedyś jeździłam i to z własnymi dziećmi na pokładzie i nie miałam nigdy żadnego wypadku ani nawet stłuczki.

Czasem się zastanawiam, co strasznego musiałoby się stać, żeby mnie to zmusiło do zajęcia miejsca za kierownicą i uruchomienia samochodu, ale nawet wtedy zawsze widzę alternatywę w postaci wybiegnięcia z wrzaskiem na jezdnię i rozpaczliwego wymachiwania rękami.

Obudowana dużym autobusem i jadąca powoli do pracy czuję się jednak dobrze, niestety. Ale ponieważ "nigdy nie mów nigdy", to nie mówię.
A na razie taki jest stan mojej świadomości.

Komentuj (3)

16.08.2011 (18:24)

No no no, wreszcie na ostro wchodzi dziennik elektroniczny do wszystkich szkół w mieście i byłam dziś na szkoleniu, bo mam się tym właśnie zajmować, jak będę duża (czyli od września).
Program wchodzi na osiem lat i nie ma zmiłuj ani przeproś, no i te koleżanki, co się do tej pory nie dotykały do komputera, teraz będą się musiały dotknąć. Ho-ho-ho!

Jako chłopstwo małorolne posialim na polu gorczycę. Przyjechał chłop ciągnikiem, zabronował, potem Stary posiał ręcami z kubełka, a chłop znów zabronował, żeby przykryć nasiona. To był prawdziwy chłop - gospodarz, który ma różne maszyny rolnicze i na wiosnę to on też orał nasze pole. No i tak naprawdę, to posialim tylko dwadzieścia arów tej gorczycy, a nie na całym polu, bo nie od razu Kraków zbudowano.
Potem chodzilim doglądać. Stary chodził i badał czy kiełkuje, ja badałam czy wschodzi i okazało się potem w trakcie burzliwej dyskusji małżeńskiej, że "wschodzi", to nie to samo, co "kiełkuje", więc mieliśmy sprzeczne wyniki.
Na tym polu na wiosnę będziemy sadzić i siać bógwico. Ja mam taki plan, że na pewno ziemniaki, ale bez przesady, tylko tak na własne potrzeby. No i chyba lawendę już tam na wiosnę powysadzam. I posiejemy poważny pożytek dla pszczół, na przykład w kwietniu grykę a w czerwcu facelię. Ach, to by było pięknie...

Pozbierałam już fasolkę szparagową z dwóch pierwszych zasiewów w moim warzywniku. Trzecia, najpóźniej siana, dopiero kwitnie. Powyrywałam krzaczki, potem spulchniłam glebę i wygrabiłam; tam też zasiałam gorczycę jako poplon. Gorczyca jest rośliną fitosanitarną, to znaczy, że poprawia stan sanitarny środowiska glebowego i wpływa na rozwój fauny i flory glebowej. Ogranicza też liczebność czynników chorobotwórczych i szkodników, a stymuluje rozwój pożytecznej mikroflory. Wszystko to razem poprawia żyzność gleby i stwarza warunki do uzyskania większych plonów. Podobno nie lubią jej nornice, no sprawdzimy.

Spotkałam dziś na tym szkoleniu koleżankę z dawnej pracy, która mnie zapytała, co ja na to, co się dzieje w oświacie i na coraz to ciekawsze pomysły naszej stukniętej pani minister. I wtedy dotarło do mnie, jak ja już jestem od tego daleko i jak bardzo mi to zwisa.
I że prawdziwe moje problemy, to te, czy lis nie zakrada się do kurnika, albo czy wzeszła gorczyca.

A na deser - koegzystencja pietruszki z aksamitkami.



Komentuj (4)

19.08.2011 (06:41)

Wczoraj i dziś Stary odbył pierwszą po wypadkach czerwcowych konfrontację z pszczołami, bowiem przyjechał Andrzej i oporządzał. Wreszcie uszyłam Staremu mundurek, zmontowany z roboczej bluzy lumpeksowej z zielonego drelichu i podarowanego przez Andrzeja kapelusza - mógł więc się włączyć do obrządku.

Okazało się, że nasze pszczółki w dwóch kupionych na wiosnę nowych ulach narobiły już trochę miodu! Będziemy więc mieli pierwszy własny miodek, wielokwiatowy z przewagą gryki, coś jak dla mnie, bo miód gryczany to mój ulubiony.
Dziś raniutko Stary wykonał samodzielnie zadanie bojowe, polegające na pierwszym napełnieniu podkarmiaczek w naszych ulach.



Musiał wstać skoro świt, dopóki pszczoły jeszcze się nie obudziły, a ja razem z nim, żeby stać w oknie i pilnować. Stąd ta notka o bandyckiej godzinie pisana, co na pewno zaraz zauważy Lalka :)

Komentuj (3)

19.08.2011 (20:48)





Komentuj (7)

20.08.2011 (19:55)

Z rozpędu wykonałam dziś pulpę niejednorodną, w skład której weszły: po kilogramie zielonych pomidorków koktajlowych i dojrzałych pomidorów lima, dwie czerwone cebule, dwa ząbki czosnku, dwie młode żółte cukinie, dwa jabłka, przejrzały ogórek, sól, cukier, ziele angielskie, goździki, chili. Rozgotowałam to wszystko razem, odparowałam nadmiar wody i zasłoikowałam.
W zeszłym roku już robiłam taki niby ketchup czy musztardę z różnych śmieci, co to nie wiadomo, co z nimi zrobić i bardzo fajnie się to potem nadawało do wędlin i zimnych mięs.

Mieliśmy dziś gości, którzy przyjechali okopać sobie dużą sosnę na naszym polu. Ewa i Darek zaczęli budować dom i chcą mieć od razu duże drzewo, ale żeby duże drzewo przesadzić, to trzeba je do tego odpowiednio przygotować. Pierwszy etap mają za sobą.

Komentuj (0)

22.08.2011 (13:25)

Od lat bardzo mi smakują różne dania kuchni włoskiej i często też gotuję takie rzeczy w domu. Ostatnio znalazłam dwa bardzo apetyczne blogi, jakby dla mnie stworzone i zalinkowałam je na moim blogu w dziale Jedzonko.

Te blogi to Kuchnia pod wulkanem i Italia od kuchni.
Obydwa są prowadzone przez dziewczyny z Polski, mieszkające na południu Włoch; przepisy i zdjęcia są bardzo smakowite i styl pisania notek też mi odpowiada. Nawet, jakbym nie miała z tych przepisów skorzystać, to poczytać i pooglądać - sama przyjemność.
Dziś robię galaretkę z jabłek, bo zaczęły mi lecieć z drzew spady w dużych ilościach, w tym szare renety, a ja do renet mam stosunek nabożny i nie zniosłabym, żeby mi się zmarnowały.

Nigdy takiej galaretki nie robiłam, ale pamiętam jak smakowała w wykonaniu mojej babci i było to naprawdę coś niezwykłego.

Komentuj (0)

25.08.2011 (16:58)

Fala upałów, o której słyszę codziennie w mediach i przez telefon od Młodej i od mamy dotarła dziś i do nas. Rano nic jej jeszcze nie zapowiadało, ale noc nie sprzyjała spaniu i to, jak słyszę nie tylko u nas. A więc pewnie ciało i dusza przeczuwały już ten upał, chociaż jeszcze go nie było.
Mało tego, to chyba będzie burza, albo jakieś gradobicie, bo pszczoły są wyraźnie wkurzone, nie pozwalają mi jeść malin ani pracować w ogrodzie, bo nie podoba im się też, że sieję gorczycę, ani że chwasty wyrywam.
Podoba im się natomiast, jak leżę w sypialni z laptopem na brzuchu, co też co jakiś czas czynię, kiedy przychodzę do domu się schładzać.

Powoli już rozkręcam się do pracy, chociaż boli, oj boli.
Oprócz normalnych zajęć, jak co roku w ostatnich dniach sierpnia, mam jeszcze ucznia, z którym się spotykam, żeby wyciągnąć go z dna intelektualnego, na jakie spadł był w klasie pierwszej gimnazjum. Chłopiec jest sympatyczny i niegłupi, nasz były uczeń, więc znałam go już wcześniej. Chyba dobrze się z nim będzie pracować, widać to już po pierwszych zajęciach, a ja będę miała na waciki.

Komentuj (2)

28.08.2011 (16:01)

Zachwycona filmem, postanowiłam dziś spróbować.

Słowo orecchiette oznacza uszka; na filmie orecchiette powstają od 2:32. Ich uformowanie wcale nie jest takie łatwe, na jakie tam wygląda, chociaż po chwili dochodzi się do pewnej wprawy.

Moje ciasto było za miękkie i chyba nie najlepszą miało konsystencję, bo z byle jakiej mąki, a to powinna być semolina z twardej pszenicy durum. Uformowane kluseczki rozpłaszczały się trochę, musiałam im pomagać utrzymywać kształt przy odkładaniu na ściereczkę. Wyszło mi zaledwie nędzne naśladownictwo o kluchowatym smaku, ale i tak jestem z siebie dumna.





Komentuj (5)

31.08.2011 (17:36)

Wczorajszy dzień był ze wszech miar udany, pełen dobrych wiadomości i miłych chwil.

Najpierw w tajemnicy dowiedziałam się o pewnej małej Fasoli.

Potem była seria telefonów od Młodej. Jej boje rekrutacyjne zakończyły się sukcesem i dostała to, czego chciała, a nawet dostała dwa razy więcej, niż mogła przyjąć i musiała zadecydować, które pół wyrzucić, a które zostawić. Dała się jednak jeszcze ubłagać, że tak całkiem nie wyrzuci i może kiedyś.
W połowie września moje dziecko zacznie pierwszą prawdziwą pracę. Wcześniej jeszcze przyjedzie jeszcze do domu, bo nadeszła pora kwitnienia zimowitów i będziemy mogli wszyscy razem wypić kawkę z jej tortem urodzinowym (jak go najpierw zrobię, oczywiście).
Młoda znalazła też wczoraj ważny świstek, którego wcześniej n i g d z i e nie było, więc stwierdziła, że skoro jest już taką Królewną Śnieżką, to wyśle kupon lotka, żeby nie było, że nie skorzystała z okazji.
Chciała się też upić dla uczczenia, ale ponieważ zrobiła to już dnia poprzedniego, to nie za bardzo miała ochotę i cały ciężar spoczął na mnie, matce. Co też z entuzjazmem wykonałam, a nawet spędziłam noc w obcym łożu małżeńskim.

A dzisiaj snułam się po przeróżnych świątyniach konsumpcji i stwierdzam po raz setny, że to nie dla mnie. Iluż to ja sklepów dziś doświadczyłam, to się w głowie nie mieści! Najbardziej mnie rozwalają te milijony sklepów ze szmatami i doszłam chyba właśnie do tego momentu, kiedy to nie jestem w stanie kupić sobie niczego. A już najgorzej, jak mam poszukać czegoś konkretnego - marzę wtedy o tym, żeby w zatłoczonym centrum handlowym ktoś się na mnie rzucił z nożem i zakończył te męki.

Przygotowałam piękną notkę ilustrowaną o moich doświadczeniach z rozmnażaniem lawendy, ale ftp nie chce przyjmować zdjęć i muszę go, szubrawca, przeczekać.

Komentuj (5)
Blogi
Barbarella
Talenty
CudaMerigold
Dulbeb
Gunia
Lunia
Stary
Młoda
Jedzonko
Pesto
Wypieki
Ogród
Kompostownik
Róże (ang)
Róże (pol)
Róże (rus)
Na drutach
Drops
E-dziewiarka
IK blog
Ravelry
Reszta Świata
Janda
Kazik
MariaPeszek
Nohavica
Przemyk
WOŚP
OKOpress
Pińczów