Rodzynki wydłubane z życia...

Goście

Archiwum
2018
2017
2016
2015
2014
2013
2012
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2011
2010
2009
2008
2007
2006
2005

Fb
Poczta
Bank1
Bank2

Allegro
Avon

YouTube
Drzewo

statystyka
e-mail
RSS

Logowanie

Bibliografie

BLOG MAMOFYEN                                         To, co się jeszcze nie wydarzyło, można zmienić.


08.08.2012 (11:38)

Muszę się wytłumaczyć, bo tak nie piszę i nie piszę, a ludzie jednak tu zaglądają...

Prawda jest taka, że o tej porze roku pochłania moje myśli (i czyny) ogród i oprócz działań na żywym ogrodzie jestem bardzo aktywna na forum ogrodniczym, na swoich i cudzych wątkach i już nie bardzo starcza mi czasu na cokolwiek innego. Forum to niekończąca się wymiana doświadczeń i niewyczerpana skarbnica wiedzy na tematy ogrodnicze, a oprócz tego chyba też już miejsce, gdzie spotykam znajomych, żeby pogadać.
Nie chciałabym, żeby ten blogasek stał się monotematyczny, bo teraz chce mi się tylko pracować w ogrodzie, wypoczywać w ogrodzie, siedzieć w ogrodzie, myśleć o ogrodzie, czytać i pisać o ogrodzie. Wiem jednak, że nie wszystkich moich czytelników to interesuje i dlatego nie chcę zamęczać...

Byłam w Miasteczku i przywiozłam mamę, która jak zwykle musiała zacząć pobyt u mnie spadkiem dyspozycji fizycznych. Całe szczęście, już jej się poprawia, ale bardzo powoli to wszystko idzie. Wyjazd do Miasteczka zajął mi cztery dni, co jest niezłym wynikiem, zważywszy, że z tego aż 32 (!!!) godziny spędziłam w podróży
Mógłby ktoś pomyśleć, że nasz kraj rozciąga się od zwrotnika do zwrotnika i obejmuje wiele stref klimatycznych... albo od południka zerowego do... no sześćdziesiątego i obejmuje wiele stref czasowych... Otóż nie - w żadnym z wymiarów nie osiąga nawet 700 kilometrów, a ja przecież nie jechałam od granicy do granicy i z powrotem.

Miasteczko czyściutkie i ładne, miło z sentymentem je pooglądać i bardzo też lubię tu przyjeżdżać i tu być, ale wciąż przepełnia mnie ulga, że nie ugrzęzłam w nim na całe życie.











I na koniec cymesik - kantor wymiany walut w Miasteczku. Ten zielony.



Komentuj (7)

14.08.2012 (10:15)

Przyjemność i satysfakcja, wynikająca z pracy fizycznej z niczym się nie może równać, a dodatkowym bonusem są efekty tej pracy, które można codziennie wokół siebie oglądać. Ogarnęliśmy już ogród i mimo tych jeszcze mrocznych zakątków – jest ładnie, jest miło. Jak oglądam zdjęcia sprzed roku, to uwierzyć nie mogę!
A ludzie tu przyjeżdżają i opowiadają takie bzdury, w rodzaju – jak już sobie wszystko zrobicie, to będzie pięknie. Jakie: zrobicie?! Nigdy nie nastąpi ten moment! Dłubiemy, dłubiemy i bawimy się tym, a każdy krok do przodu jest radością. W takim tempie w takim starym domu nigdy nie będziemy na mecie, zawsze tylko w biegu i w biegu... Ale o to właśnie nam chodziło, tego chcieliśmy i to mamy. I pięknie jest TERAZ. Tu i teraz.

Tego lata wyremontowaliśmy łóżko do ogrodu. Tak jak zamierzałam, pomalowałam je farbą do metalu, młotkowym brązem. Okazało się, że zwieńczenia szczytów – górne poprzeczki, gałki i ozdobne słupki – są mosiężne. Stary doczyścił je do połysku i teraz wygląda to trochę: Wawel to czy burdel, ale to stan przejściowy, bo gałki już zaczynają matowieć pod tlenkową warstewką. Uszyłam też pokrowiec na materac i poduszkę do kompletu z lumpeksowych zasłon, teraz by się jeszcze przydały jakieś sprzyjające temperatury powyżej dwudziestu stopni, żeby wypróbować całość.

Zwierzęta w naszym gospodarstwie mają się dobrze.
Koty świetnie się zintegrowały, to był genialny pomysł, żeby Dziuni sprawić towarzystwo.
Kury jeszcze się nie niosą, ale urosły już, są dorodne i mają czerwone grzebienie, co zwiastuje rychłe pojawienie się jajeczek w gniazdach.
Płot otaczający wybieg jest pomalowany, pomalowałam też kurnik wewnątrz i niektóre jego zewnętrzne elementy. Ten płot został przez Starego poddany całkowitej renowacji – wszystkie sztachety i poziome belki były zdemontowane i montowane z powrotem. Dużo spróchniałych elementów trzeba było wymienić.
Stryszek kurnika też już jest zabudowany i zrobione są te różne obróbki dachowe i orynnowanie, a zamiast pionowej rynny spustowej zwisa stary łańcuch, po którym woda z deszczu spływa w dół. Skąd Stary to wymyślił, z tym łańcuchem, nie wiem, ale fajnie wygląda. No i proszę, nawet gruby krowi łańcuch otrzymał w naszym gospodarstwie drugie życie.
Pszczoły dostarczyły nam w tym roku tyle miodu, że wystarczy na całą zimę (a potrzebujemy około 20 słoików) i nawet trochę sprzedaliśmy. To efekt trzykrotnego poboru miodu z naszych uli (pierwszy: rzepakowo-wielokwiatowy, drugi: faceliowo-akacjowo-spadziowy i trzeci: lipowy). Muszę sobie jeszcze dokupić gryczany, bo to mój namojejszy miód i bez niego nie wyobrażam sobie zimy.

To wielka przyjemność mieć już dorosłe dzieci. Dzieci piszą, dzwonią z wyrazami miłości i tęsknoty i ja też kocham i tęsknię, ale i cieszę się z tego, że mogą wreszcie wyfrunąć z gniazda i żyć swoim życiem. Mija więc czas dzieci i nadchodzi czas innych rzeczy, takich, na które nigdy nie było czasu, które były spychane na dalszy plan, a nawet w ogóle nie były brane pod uwagę.

Zaakceptowałam też to, że nie można wejść dwa razy do tej samej rzeki – takie same sytuacje w tych samych miejscach i nawet z tymi samymi ludźmi, są już inne. Tak musi być, choć czasem to jest rozczarowanie, ale przecież ma też swoje dobre strony.

Komentuj (5)

20.08.2012 (13:59)

Tego lata nauczyłam się wreszcie porządnie piec chleb. Wychodzi mi coraz lepszy, taki jaki lubię, jaki kupuję czasem za bandyckie pieniądze, kiedy uda mi się zawinąć do stosownej piekarni, bo nie wszędzie taki chleb jest. To jest chleb, który włożony do torby daje poczuć swój ciężar.
Moim patronem i nauczycielem jest Marcin, który dał mi pod koniec czerwca dwie łyżki zakwasu i pierwsze nauki. Tak się zaczęło. Co prawda bawiłam się już w życiu nie raz w pieczenie chleba, ale taki prawdziwy chleb na zakwasie to jest zupełnie inna bajka.
Metodą prób i błędów, korzystając z porad jeszcze innych wypiekaczy chleba i portalu chlebowego w sieci, wypracowałam własną metodę. Piekę tak mniej więcej raz w tygodniu i mam nadzieję, że znajdę też na to czas, jak się już skończą wakacje. Taki chleb jest dobry aż do następnego pieczenia, brałabym sobie codziennie do pracy na śniadanie, zamiast kupować te pseudochleby, nafaszerowane polepszaczami i innym syfem. Bo bez chleba żyć ja nie zdołam, tak samo zupełnie, jak bez lodów.



Tego lata nauczyłam się też wyplatać pałeczki lawendowe. Mam nadzieję, że w przyszłym roku, kiedy będą miała więcej lawendy, przygotuję wreszcie coś do sprzedaży – pałeczki i woreczki zapachowe, miód lawendowy, herbatki. Jest tego na rynku masa i jakoś się sprzedaje, więc czemu nie ja?



Tego lata przekonałam się, że Młody jak chce, to potrafi. I dobrze, że udało nam się odpocząć od siebie wzajemnie i zatęsknić, bo ostatni rok był trudny, a mnie się już zdecydowanie skończył termin przydatności do wychowywania dzieci.

Tego lata podjęłam też postanowienia noworoczne; może to trochę dziwna pora, ale ponieważ zawodowo funkcjonuję w trybie roku szkolnego, to właśnie wcale nie jest dziwna. Te postanowienia pozostaną na razie moją tajemnicą, żeby nie zapeszyć. Bardzo chciałabym, żeby mi się udało narzucić sobie dyscyplinę, która wymaga wykonania tego planu.

Komentuj (3)

21.08.2012 (14:42)

Dziunia pojawiła się znikąd w naszej grządce z marchewką, a była wtedy w wieku, kiedy kot mieszka jeszcze z mamusią. Od razu rozpoczęła swe trudne dzieciństwo, byłam bowiem wtedy głupią krową (kot w domu? po moim trupie!) aż do czasu, kiedy w domu nie zakwaterowały się myszy.
Ale najpierw Dziunia zamieszkała w szopie. Wychodziła rzadko i na krótko i tylko wieczorami, kiedy psy były w domu. Nikt jej nie kochał, nie przytulał i nie szeptał jej do ucha czułych słówek. I nikt jej nie socjalizował. Co prawda Młoda trochę się tam z nią miętosiła, ale wkrótce wyjechała. Co prawda Stary tam do niej chodził, ale nie oszukujmy się, on sam nie za bardzo jest oswojony ze społeczeństwem.
Niby potem wszystko się zmieniło, niby spłynęła na nią kaskada uczuć miłosnych, niby Dziunia łasi się, przytula i figluje po kociemu... ale zawsze jednak zachowuje dystans i rezerwę i jest jakby z lekka obrażona.
Tak, tak, dzieciństwo jest najważniejsze – nie tylko u ludzi.



Zuzia to zupełnie inna para kaloszy. Wczesne dzieciństwo spędziła z mamusią i rodzeństwem w willi w Ustce, rozrabiając i skacząc po ścianach i fotelach, co widzieliśmy na własne oczy. Kiedy znalazła się u nas, staraliśmy się jak najłagodniej przeprowadzić ją przez te wielkie życiowe zmiany. Wszytko się udało i Dziunia też ją przyjęła życzliwie.
I po tej diablicy od razu to widać. Jest chuliganem, jest ciekawską, wszędobylską kociczką o naturze badacza. Oczywiście mieszka na strychu razem z Dziunią, ale chcemy ją też oswoić z ogrodem, co z Dziunią nie do końca się udało.
Nie szczędząc trudu wychowawczego zamykam codziennie po południu psy w pokoju ze Starym, a kotki wyprowadzam do ogrodu. Dziunia w najlepszym razie siedzi na progu, a to małe półdiablę zwiedza. Wczoraj szpiegowała kury, a następnie zainteresowała się ulami, aż wreszcie zasiadła na jednym z nich i zaczęła się wgapiać w pszczoły, skupione na przedniej ściance. Chyba myślała, że to muchy, tylko większe, zawołałam więc Starego i zabrał tę diablicę do domu.
Psy zostały wypuszczone, a za kilkanaście minut Kora darła już mordę pod renetą, na której siedziała Zuzia. Zaczyna więc już sama siebie wyprowadzać do ogrodu.



















Komentuj (2)

22.08.2012 (17:16)

Doniesiono mi, że jakieś czasopismo zgapiło ode mnie moje łóżko ogrodowe! No co za chamstwo, doprawdy, to słów mi brak. I weź tu, człowieku, nie zachowaj czujności we dnie i w nocy, to wyszpiegujo i splagiatujo.
Przecież byłam pierwsza, buuu!

19 lipca


7 sierpnia






13-14 sierpnia




Komentuj (1)

23.08.2012 (21:28)

Jajko zielononóżki kuropatwianej jest nieco mniejsze, niż jaja kur towarowych, z którymi najczęściej mamy do czynienia. Pierwsze jajko młodej zielononóżki wstawione do jajkowego kieliszka zapadło się w nim po same uszy!





Komentuj (7)

26.08.2012 (22:26)

W sobotę rano nastąpiła pierwsza degustacja zielononóżkowych jaj. Smażenie takich małych jajeczek na patelni było trochę śmieszne. Co dziwne – żółtka na surowo były takie sobie, jeśli chodzi o ich wybarwienie, natomiast po usmażeniu stały się bardzo żółciutkie. Jak to możliwe?
A ten smak – to się po prostu nie da opisać! Skóra ścierpła mi na plecach, bo poczułam się przez chwilę, jak mała Gosia u babci na wakacjach. Tam jadłam ostatnio takie jajka.

Szkoda by było, żeby znów się coś stało tym kurkom. Tyle pracy Stary włożył w budowę kurnika i aranżowanie całego wybiegu, żeby miały ciepło, sucho i bezpiecznie przed drapieżnikami nocą. Ale jak to zielononóżki, zaczęły od jakiegoś czasu fruwać i latają coraz chętniej. Przesiadują na śliwach i na jabłonce w swoim wybiegu, na wysokościach sporo przekraczających wysokość ogrodzenia, a nawet przelatują przez prawie 180-centymetrowe ogrodzenie. Tylko patrzeć, aż dojdzie do nieszczęścia, bo już raz łapałam psa i ciągnęłam za sierść do domu, kiedy to okazało się, że kogut i jedna kurka paradują po ogrodzie. Dobrze, że pies nie był krótko po strzyżeniu i miałam za co chwycić!

Poszliśmy więc dziś o zmroku do kurnika, jak pluton egzekucyjny. Pora musiała być na tyle późna, żeby kurki siedziały już na grzędach przygotowane do snu, ale na tyle wczesna, żeby nie było jeszcze całkiem ciemno.
Stary wchodził do kurnika, brał jedną kurę za drugą i wynosił na zewnątrz. Przytulał ją do siebie, wkładając sobie pod pachę jej głowę, tak jak robimy z kotami i psami podczas szczepienia u weterynarza. Delikatnie rozpościerał jej skrzydło, a ja odliczałam pierwsze 4 lotki, potem chwytałam palcami kolejne cztery i przycinałam je dość wysoko. Na pierwszy ogień poszedł kogucik; bałam się, że je to będzie bolało, ale już od razu po pierwszym piórku widać było, że nic nie czują. Szło mi to coraz sprawniej przy każdej kolejnej kurce i wszystko razem nie zajęło nam chyba nawet dziesięciu minut. Byliśmy zdziwieni, że to takie proste. Oby okazało się skuteczne.
Ciekawa jestem, czy to będzie widać, tak przy normalnie złożonych skrzydłach.

Instrukcje pobierałam na forum drobiarskim, bo owszem, o przycinaniu lotek słyszeliśmy wcześniej, ale nie mieliśmy pojęcia ile lotek trzeba przyciąć, które to mają być lotki, jak wysoko, i jakimi narzędziami. Udało się. Znów.

Komentuj (4)

28.08.2012 (13:55)





Smaku tu wkleić nie mogę, a szkoda...

Nasze kurki nie są karmione żadnymi sztucznościami, tylko śrutowanym ziarnem różnych zbóż z rozdrobnionymi skorupkami. No i to bzdura, że kury zawsze rzucają się na podawane oddzielnie skorupki, bo jeśli mają zapewniony wapń w diecie, to zupełnie im to wystarcza.
Kury dostają też czasem gotowane ziemniaki (obierki) i moczony chleb, ale tego chleba niewiele, bo może im zaszkodzić. Przepadają za siekaną cebulką, a do kubełka, z którego piją wodę, dodaję im co parę dni posiekany ząbek czosnku, jako naturalne zabezpieczenie przed infekcjami i innym paskudztwem.

Oczywiście jedzą też zieleninkę, która wydziobią na swoim wybiegu i dodatkowo donoszoną specjalnie każdego dnia z ogrodu. Wydrapują z ziemi robaczki.

Na zimę suszę im różne chwasty, żeby też dodawać do paszy. Teraz robię testy, żeby wiedzieć, które zielsko suszyć, a którego nie lubią. Rzucają się łapczywie na gwiazdnicę, lubią szczypiorek, nać marchewki, pietruszki i selera, no i kwiatki aksamitek. Podobno aksamitki i nagietki daje się kurom, żeby żółtka były naturalnie wybarwione (a nie za pomocą paszy z barwnikami).
Zajadają te ziółka, nie żeby jakoś ze specjalnym animuszem, bo od tego dobrobytu, to już im się w dupach przewraca, ale skubią. A na przykład estragonu nawet nie próbują tknąć. Suszę te zielska po kątach i gromadzę w papierowej torbie, a potem zrobię z tego jednorodny susz, który zimą będziemy dodawać do paszy.

Gotowe pasze dla kur, tzw. karmy dla niosek, zawierają hormony, żeby kury niosły się na potęgę. Kury kupione w masowej hodowli żyją 2 lata, a potem to są już wraki. Zmienia się nawet wygląd jajek takich starych kur, wiem doskonale jak takie jajka wyglądają, bo mieliśmy te stare kury po poprzednich właścicielach i nie mogłam ich jeść.
A czy ktoś wie, że pasza dla kur o jakże wdzięcznej nazwie Kurka-naturka zawiera GMO w postaci genetycznie modyfikowanej soi?
No to ładna mi naturka...

A jeśli chodzi o meldunek z kurnika, to jak na razie - od czwartku codziennie jedno jajko!

Komentuj (5)

31.08.2012 (08:15)

Obiecałam pokazać moje pesto, a właściwie taką pesto-bazę. Bardzo ładnie urosła mi w tym roku pod folią bazylia z siewu - wielkie krzaczory, liście zdrowiutkie, no, aż miło :)

Liście bazylii umyłam, osuszyłam i przepuściłam przez maszynkę elektryczną do mielenia (nie mam malaksera) razem z dużym ząbkiem czosnku. Wymieszałam z oliwą (a właściwie moim ulubionym olejem rzepakowym tłoczonym na zimno z Lidla, przy którym niech się wszystkie oliwy świata schowają). Dodałam jeszcze trochę soli i trochę pieprzu.
Powinien tam też trafić parmezan i orzeszki piniowe, ale ja postanowiłam je dodawać tuż przed podaniem. I myślę, że będę wolała litewski dziugas, niż parmezan.

Uzyskaną masę nałożyłam do kieliszków wyścielonych folią. Nadmiar folii zebrałam do góry, żeby oliwa nie wyciekała i ostrożnie poustawiałam kieliszki w zamrażarce. Małe porcyjki szybko się zamroziły, a potem wyjęłam je z kieliszków, wyrzuciłam folię, wszystkie porcyjki wrzuciłam do jednego wora i z powrotem do zamrażarki. Mmmm...
Kusi mnie, żeby to samo zrobić z oregano, które po ścięciu kwiatów dało nowe pokolenie liściowych pędów.

Na pewno lepszy to sposób utrwalenia tych aromatów, niż suszenie. A suszona bazylia, to już w ogóle jakieś nieporozumienie...







Komentuj (5)

31.08.2012 (22:36)

Zuzia odkryła istnienie rynny. Owszem, spaceruje po dachu, jak wcześniej, ale rynna najbardziej jej się podoba. I nie przeszkadza jej nawet zawartość rynny po deszczu, co wskazywałoby na to, że Zuzia jest kotem błotnym.
Przemieszcza się w rynnie wzdłuż dachu, co wygląda, jakby płynęła crawlem. Wygląda sobie raz na jedną, raz na drugą stronę, a w pogodny dzień dzień śpi w rynnie, wygrzewając się na słoneczku, oparta bródką o jej brzeg,









Lubi się też bawić mchem, porastającym dachówki. Zdrapuje spory kawałek, wnosi w mordce na samą górę i wypuszcza, patrząc, jak mech spada po dachu w dół. Przynosi też sobie ten mech na strych w pokaźnych ilościach, a że klapa jest cały czas otwarta, to zaczynam znajdować kawałki mchu na podłodze w sieni.
Wczoraj jadłyśmy z mamą obiad na zewnątrz za domem - mama przy małym stoliku z singerki, a ja przysiadłam na schodkach, ale musiałam się czym prędzej ewakuować, bo kawałki mchu spadały mi na głowę, a czasem i do talerza...

Znany jest sposób czyszczenia starych dachówek z mchu drewnianymi szpatułkami, ale czy kto słyszał o czyszczeniu dachówek kotem?...

Komentuj (4)
Blogi
Barbarella
Talenty
CudaMerigold
Dulbeb
Gunia
Lunia
Stary
Młoda
Jedzonko
Pesto
Wypieki
Ogród
Kompostownik
Róże (ang)
Róże (pol)
Róże (rus)
Na drutach
Drops
E-dziewiarka
IK blog
Ravelry
Reszta Świata
Janda
Kazik
MariaPeszek
Nohavica
Przemyk
WOŚP
OKOpress
Pińczów