Rodzynki wydłubane z życia...

Goście

Archiwum
2018
2017
2016
2015
2014
2013
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2012
2011
2010
2009
2008
2007
2006
2005

Fb
Poczta
Bank1
Bank2

Allegro
Avon

YouTube
Drzewo

statystyka
e-mail
RSS

Logowanie

Bibliografie

BLOG MAMOFYEN                                         To, co się jeszcze nie wydarzyło, można zmienić.


06.08.2013 (08:55)

Dziewczyny przyjechały i pojechały, ale nie powiem, pobalowałyśmy trochę. Stwierdziłam, że chciałabym się z nimi wszystkimi ożenić... wtedy mogłybyśmy wreszcie nagadać się do syta, codziennie pić wino od rana i razem gotować obiady.



Dostałam od nich prezenty i muszę się pochwalić, bo to po prostu coś wspaniałego.



Od lewej:
>nożyce do cięcia trawy z rączką obracaną o 360 stopni
>nóż-okulizak, składany jak scyzoryk
>etui do wielofunkcyjnych nożyczek (z ostrzałką)
>nóż kuchenny z powlekanym ostrzem
>nożyczki, którymi można ciąć tkaniny, papier, tekturę, drut i kable, nie mówiąc o roślinach; po rozłożeniu na dwie części uzyskujemy nóż-piłkę i przebijak do robienia otworów np w skórzanym pasku - no cudo(link!); a na koniec możemy nim sobie jeszcze otworzyć piwo :)
>ostrzałka do noży i siekier
>wąska łopatka, np. do roślin cebulowych

W tym miejscu Wieśkowi serdecznie dziękuje, bo to dzięki jego staraniom wszystko zostało zgromadzone. Jestem zachwycona! Nożyce będą świetne między innymi do lawendy, a wypróbowałam je już na zatrwianach. Nożyce do trawy też już przeszły chrzest bojowy, nóż i ostrzałka od pierwszej chwili służą w kuchni, a okulizak wrzuciłam do torebki. Niektóre panie noszą w torebkach puderniczkę, a niektóre okulizak, no cóż.

W gospodarstwie zmiany - od paru dni małe kurki nocują już na grzędzie! Oczywiście są dopuszczane tylko na niższą grzędę, bo porządek i hierarchia w kurzym stadzie są bardzo ważne. Od tego też momentu ich gniazdo straciło rację bytu, a matka przestała dzieciaki prowadzać po wybiegu, no zupełnie w jednej chwili przestała się nimi opiekować. Chodzą same i trzymają się w swoim stadku razem, wiedzą, że jak niosę żarcie do wolierki, to jest dla nich i biegną. Kwokę nawet już trudno odróżnić od innych kurek - chyba tylko po tym, że też nocuje na dolnej grzędzie, bo teraz jest na dnie hierarchii i musi pracować od nowa na lepszą pozycję w stadzie.

Remont wiatrołapu bardzo leniwie posuwa się do przodu, mam już nawet pierwsze symptomy histerii, że zostaniemy na zimę bez ściany - ale jeszcze nie w trybie ciągłym, tylko na razie napadowo.
Na zdjęciu widać, że nowy wiatrołap będzie płytszy - tam gdzie kupa piachu będzie podłoga nowego ganku, a ten przód oddzielony ceglanym murkiem, to już podest przed drzwiami wejściowymi.



Zajadamy się pomidorami i to wielki sukces moich tegorocznych upraw. Mam dziesięć odmian, w tym tylko jedne czerwone - samosiejki zeszłorocznych koktajlówek, te malusieńkie.



Za to totalna klęska znów z fasolką - przestały mi ją wyżerać psy, to teraz obskubują ją w polu jakieś jelonki, zajączki, czy inna swołocz i to już w fazie kwiatów.


Lato na wsi to bajka, to spełnione marzenia i żadne niedogodności nie mogą tego zepsuć. No, może muchy - w tym roku plaga! Za to wcale to a wcale nie ma komarów i to mnie cieszy, bo można poleżeć wieczorem na ławce i pooglądać, jak nietoperki śmigają nad głową.
A tak wygląda na wsi ciepła woda na kąpiel.



Komentuj (5)

06.08.2013 (21:28)

O kurzej hierarchii ciąg dalszy.
Nie minął jeszcze tydzień, odkąd matka puściła kurczęta samopas, a powróciła już do znoszenia jaj i z kwoki znów stała się nioską. W gnieździe było dziś bowiem pięć jaj, czyli nieśność stada sto procent! Jedno jajko miało wyraźnie ciemniejszą skorupkę, przypuszczam, że to właśnie jajko tej mamuśki, pierwsze od ponad dziesięciu tygodni. Jestem ciekawa, czy w środku będzie się też jakoś różnić.

Małe natomiast coraz bardziej łobuzują, istne wrzaski rozlegają się podczas układania się do snu, bo te zasrańce chcą chyba od razu włazić na wyższą grzędę i są brutalnie wyprowadzane z błędu. Śpią więc na ostatnich dwóch szczeblach drabiny, która służy do wspinania się na grzędy, z tym że wyższy szczebel pokrywa się prawie z dolną grzędą. Wysokość jest ważna!
Chociaż... wczoraj jeden kogucik spał na wyższej grzędzie. Oj, to będzie kogut!

Widać to na zdjęciach, które są beznadziejne z przyczyn humanitarnych, bo nie będę przecież im błyskać fleszem po oczach, skoro już takie poniżenie znoszą, śpiąc na tej dolnej grzędzie!





A dziś trzy maluchy wydostały się z wybiegu i rozrabiały wieczorem w malinach. Zaganialiśmy je w trzy osoby, no i całe szczęście, że to ja je tam zauważyłam wcześniej, niż Zuzia, która oblizywała się bezczelnie na płocie. Ciekawa jestem, jak się tam przedostały, trzeba będzie uważać, a może już im trzeba podciąć lotki?

Komentuj (3)

06.08.2013 (23:20)

A w ogóle, to zapomniałam się pochwalić, że Młoda spędza swój urlop na wiosce...





Komentuj (5)

22.08.2013 (21:57)

Tyle ludzi, co się przez nasz dom przewinęło tego lata, to ludzkie oko nie widziało, ludzkie ucho nie słyszało. Przyjeżdżali ci, co już tu byli i tacy, co pierwszy raz, na krótko i na dłużej... I sami tacy fajni ludzie nas odwiedzali, no co ja mam za szczęście w życiu, że mnie tacy ludzie otaczają! Sezon otworzyły Beata, Mariola i Gocha, a na chwilkę też Wiesiek i Kazek, zajrzeli na chwilkę Iskra i Si w drodze ze wschodu na zachód, potem Meri z Biesem i z Ojcem, a na koniec Ula z Andrzejem w drodze z północy na południe. A oprócz tego Ania z Jarkiem, Karolina, Gocha, Piotr na rowerze, Beata z Markiem, Dorotka z Piotrem, Ewa z Darkiem – o kim zapomniałam, proszę się zgłaszać i nie gniewać.

Sprawdzam znów, czy dobre mi wyszło to wino z renet. W poniedziałek, jak sprawdzałam, było dobre, ale kto wie...
Wkrótce nadejdzie czas, że nie będzie można już sprawdzać i trzeba będzie wrócić do roboty. I dobrze, bo upasłam się przez to lato, zamiast schudnąć i może to właśnie przez to wino, że takie dobre, a alkohol, jak wiadomo jest wysokokaloryczny.
A jak się zacznie jakaś dyscyplina i rutyna, to może łatwiej będzie wziąć się za siebie i zacząć coś z tą słoniną robić. I niech tu ktoś czasem nie pomyśli, że chodzi mi o ćwiczenia czy inne rzeczy w tym stylu – to już chyba wolałabym umrzeć. Ale jakby tak być dzielną i mądrą i przejść na cały wrzesień na owoce i warzywa surowe, gotowane i pieczone – only... I nie polewane bułeczką zrumienioną na masełku...

Nawłocie kwitną, grzyby rosną i nie ma odwrotu, idzie jesień. I znów będę wychodziła furteczką za pięć siódma, a Stary w tym czasie będzie przewracał się na drugi bok i udawał, że zaraz wstaje. Świat, doprawdy, wywrócony jest do góry nogami.

Komentuj (2)

23.08.2013 (17:06)

Róże mam w tym roku nieciekawe i prawie wszystkie kwitną gorzej, niż rok temu, a z tego prosty wniosek, że jest im źle tam, gdzie rosną. Od wiosny będę chyba przenosić różankę na tyły domu, może nawet coś zacznę jesienią, ale muszę najpierw przemyśleć, jaki będzie w ogóle jej układ. Obecne różanki są w miejscu beznadziejnym, bo to najniższe miejsce w ogrodzie, więc spływa tam zimne powietrze zimą i na wiosnę, kiedy to jest najgroźniejsze. Poza tym do róż trzeba podejmować specjalną wyprawę, a powinny one być w miejscu, gdzie spędzamy najwięcej czasu. W nowym miejscu będą też miały więcej słońca.

A plan jest taki, że warzywnik wywędruje na pole za ogrodem, a różanki na obecny warzywnik. Wtedy jednak trzeba by było przeciągnąć wodociąg na to pole, bo o ile mogłam ganiać do dyniowatych z konewkami, to do całego warzywnika już bez przesady.

Po tych trzech latach wiem już też, jakie rośliny chcę mieć na różankach jako tło dla róż. Na pewno nie są to bodziszki i orliki, które rozrastają się w monstrualne krzaczory i potem na takiej różance jest sytuacja, że nie wiadomo, kto tu rządzi. Lawenda, dzwonki karpackie, wrotycz maruna, gipsówka i inna drobna galanteria to zdecydowanie lepszy pomysł; no i koper oczywiście!

Wiatrołap powoli się buduje, najważniejsze, że wyszedł już ponad poziom podłogi, bo ten etap trwał długo i źle mi robił na morale. Stary dłubnie coś z doskoku jak ma czas, ale postęp widać.







Wczoraj byłam w naszym lasku i nazbierałam cały kosz grzybów, w tym trzy prawdziwki, jeden czerwony kozak i reszta szarych. Teraz muszę chodzić codziennie, bo jest wysyp i szkoda, żeby robale rzucały się na moje grzyby wcześniej niż ja. Ponieważ suszone mam jeszcze z zeszłego roku, to postanowiłam w tym roku porobić duszone z masłem i cebulą i pozamrażać w workach gotowe porcje. Potem do mięsa lub makaronu jak znalazł.
We wczorajszym grzybobraniu towarzyszyły mi obydwie kotki, które się tego lata rozbisurmaniły i ganiają po wiosce, oraz polują na nornice u sąsiadów, bo u nas boją się Kory.







Kurczaki są już duże i prowadzą tryb życia taki, jak reszta kurek, ale raz dziennie dostają jeszcze specjalne jedzonko, no bo przecież wciąż rosną. Są wtedy zamykane w wolierce, do której zresztą same galopem przybiegają, jak tylko zobaczą, że niosę im żarcie.
Jak się najedzą, to kładą się na słoneczku w piasku i odbywają sjestę.
Dostają nadal inne ziarno, niż dorosłe kury, więcej zbóż, gotowane ziemniaki, siekane gotowane jajka, twaróg, pomidory i różne warzywa i zieleninki. No i jeszcze coś z kredensu – płatki owsiane, kaszę jęczmienną, kaszę mannę, bułkę tartą, suchy ryż – dla urozmaicenia.
Te dziewięć kurek, to pierwszy w moim życiu lęg naturalny i całkowicie ekologiczny, bo małe wysiedziane i wychowane zostały przez kwokę i od urodzenia nie dostają żadnych sztucznych pokarmów, szczepionek, leków czy innych ulepszaczy. Jestem naprawdę dumna. A w styczniu sześć młodych kurek powinno zacząć znosić jajeczka i wtedy nadmiar będę mogła sprzedawać.



Już bez cienia wątpliwości można odróżnić koguciki od kurek - tu widać dwa koguciki.

Komentuj (2)

24.08.2013 (08:18)

Więźba zyskała kolejne elementy pionowe i wczoraj Stary zaczął się wgryzać w polać dachową domu. Spomiędzy wypruwanych desek wypadł prawdziwy skarb, ale nie, nie jest to jeszcze na razie woreczek ze złotymi dukatami.
Tymczasem są to plakaty edukacyjne z byłej szkoły, która mieściła się w naszym domu do lat 70-tych XX wieku. Na plakatach sam Włodzimierz Lenin, a najbardziej mi się podoba podpis pod jednym z nich: Ucieczka Lenina za granicę. Niebezpieczna przeprawa po niepewnym lodzie Zatoki Fińskiej.





Moje kurki mają z końcem lata prawdziwy raj w swoim wybiegu i piękne widoki do dyspozycji. Ostatnio dosadziłam im jeszcze kępy floksów i będzie mi miło, jak nie wyżrą ich wiosną. Nic dziwnego, że jajeczka takie smakowite.







A to moje pierwsze w życiu dyńki, na piasku wyhodowane; w przyszłym roku dostaną kurzeniec.











Komentuj (6)

27.08.2013 (18:36)

Dobra wiadomość jest taka, że czarnego miodu gryczanego udoił Stary pięćdziesiąt kilogramów. Będzie można sprzedać i będzie dla nas na zimę do syta.
Zła wiadomość jest taka, że jest to miód okupiony krwią i blizną, bo Starego dziabnęła pszczółka w kostkę i znów zdychał i znów było pogotowie - trzeci raz. Czerwiec 2011, czerwiec 2012 i teraz sierpień.
Stało się to w sobotę przy wybieraniu miodu, zdążył jeden ul oporządzić i było pozamiatane. No cóż, pora była trochę za późna, a buty były trochę nie takie i wlazła jedna pod nogawkę...

Po odjeździe pogotowia został wezwany na pomoc Andrzej, bo pszczoły dobrały się już do swojego wykradzionego im podstępnie miodku, porzuconego w pasiece. Przystąpiły do przenoszenia go z powrotem do ula, więc trzeba było im go wykraść.
Andrzej przyjechał też w niedzielę i wydobyli jednak razem ten miód po kolei ze wszystkich naszych uli. Stary nosił do domu skrzynki z plastrami, a Andrzej zabezpieczał bezpośrednią obróbkę.
Na poddaszu, w pokoju-warsztaciku urządzona została pracownia pszczelarska, tam Stary oprawia węzę w ramki i tam też wirował wczoraj miód w naszej własnej wirowce, która zresztą wcale nie jest nasza, tylko pożyczona od Zdzicha, ale to prawie jakby.



Mód musi być odwirowywany w zamkniętym pomieszczeniu, bo gdyby pszczoły tylko miały możliwość, to natychmiast przyleciałyby odzyskać swój miodek. Świetnie się do tego celu nadaje pokoik warsztacik z nieotwieralnym oknem, ale za to ze szczelnie zamykalnymi drzwiami. Potem wiadro z miodem wędruje do kuchni i tam już ja osobiście zajmuję się rozlewaniem go do słojów za pomocą zupowej chochelki.
Gotowe słoje zanoszę do piwnicy. Nie każdy wie, że miód powinien być przechowywany w chłodzie i w ciemnym miejscu, lodówka lub piwnica to dobry pomysł. Miód jest produktem biologicznym - pod wpływem światła i temperatury podlega przemianom i może stracić część swoich zalet.



Jutro prowadzę Starego pod karabinem do lekarza, a nie wiem, czy nie będę musiała wezwać posiłków, bo on do lekarzy nie chadza. Będziemy próbowali wejść na ścieżkę, prowadzącą do odczulania.
Pacjent się zgadza.

Komentuj (2)

30.08.2013 (08:11)

Plakaty z Leninem wzbudziły zainteresowanie i było nawet kilka pytań, próśb o zdjęcia i o podanie ceny. Nic w końcu z tego nie wyszło, ale przyznam, że było podniecające.

Przyjechał na parę dni Młody - pierwszy raz od początku czerwca. Ma się uczyć do egzaminu w kampanii wrześniowej i ma pomóc Staremu w robocie. Stary obecnie trwa zawieszony całodobowo nad biurkiem komputerowym i okadzony dymem fajkowym, wślepia się w komputer i wykańcza różne projekty, więc wiatrołap czeka.
Ale jak Stary z Młodym grzebną razem w tym dachu, to kto wie, jak tam jeszcze leniny znajdą!

Wioska tymczasem odzyskała koloryt lokalny, bo we wtorek wrócił Heniek, który przebywał od kilku miesięcy w zakładzie penitencjarnym za jazdę ciągnikiem po pijaku. Heniek jest człowiekiem poczciwym i uczynnym, i taki to z niego przestępca, jak z koziej dupy trąba, ale trzeba zrozumieć, że organy ścigania pragną z całych sił wykazać się czymkolwiek. A Heniek przecież jechał po pijanemu na pomoc drugiemu pijanemu, co wpadł był do rowu i trzeba go było wyciągnąć.
Wieś bez Heńka była całkiem bez kolorytu, co mu zresztą powiedziałam prostymi słowy. Heniek natomiast zainicjował ze mną rozmowy handlowe, chce bowiem kupić kogutka dla swoich świeżo nabytych niosek. Ma co prawda jednego koguta, ale do powiększonego stadka potrzebuje wzmocnionych zasobów materiału genetycznego i na wiosnę mój młody kogutek byłby jak znalazł. Jesteśmy umówieni na sobotę.

I tak oto powrót Heńka z więzienia w prosty sposób generuje rozkwit gospodarczy wsi.
Poza tym po Heńku można poznać, kiedy jest niedziela, bo jest wtedy obowiązkowo wyelegancony w odświętny dres.
To on również jest oprawcą na okoliczność świniobicia - już dwa razy korzystałam z jego usług i skorzystam z pewnością znów, bo usługa jest po prostu bez zarzutu.

Podobno każda wioska ma swojego Heńka.

Komentuj (3)

31.08.2013 (18:17)

Siedziałam przy stole i jadłam śniadanie, spoglądając w okno, kiedy moim oczom ukazała się króciutko ostrzyżona, elegancka szczupła pani z wiadereczkiem, idąca drogą od wsi. Minęła nasz dom i poszła dalej, w stronę pola.
-O, idzie na nasze grzyby - zażartowałam, ale wstałam i podeszłam do przeciwległego okna. Kobieta rzeczywiście szła sobie, jakby do naszego lasku.
Wyszłam do ogrodu i dalej do furtki prowadzącej na nasze pole. Patrzę, a baba już u nas w odwiedzinach i penetruje pierwszą kępę brzózek, zaglądając to z tej, to z tamtej strony, spokojnie, jak u siebie, nie kryjąc się wcale. Prawie w lawendę mi wlazła, rozgarniając wysoką trawę pod drzewami.

Wyszłam spomiędzy drzew i powiedziałam głośno:
-Dzień dobry, słucham panią?
-A ja jestem od Warszawskiej* - powiedziała.
-A kto to jest Warszawska? - zapytałam, bo ja rzeczywiście nie bardzo znam tu ludzi po nazwiskach, ale zanim skończyłam, to już mnie oświeciło, o kim mowa. Warszawska, to pani w słusznym wieku i w pretensjach, która co prawda mieszka w naszej wsi już od ładnych paru lat, ale zawsze podkreśla, że całe życie mieszkała W WARSZAWIE i najwięcej rodziny ma W WARSZAWIE i tak naprawdę jest Z WARSZAWY, a tutaj, to dopiero od niedawna. Jak mówi, przyjaźniła się z poprzednią właścicielką naszego domu.
-Jestem jej córką. Pani zna moją mamę - powiedziała kobieta.
-Tak? I słucham? - zapytałam.
-A ja przyszłam grzyby zbierać - odpowiedziała.
-Grzyby? U mnie?
-No, mama mi powiedziała, żebym przyszła pozbierać tu grzyby.
-Ale to jest moje pole, mój las... to jak to tak? Pani przyszła do mnie pozbierać moje grzyby, to przecież tak, jakby pani weszła do mojego domu i wzięła sobie to, na co pani ma ochotę.
-No ale ja tylko na grzyby...
-Proszę pani, ale to jest moja ziemia i moje grzyby, JA zbieram te grzyby. One są mi potrzebne.
-A, to przepraszam - powiedziała pani, wyszła z mojego lasku i udała się w drogę powrotną.
-Nic nie szkodzi - odpowiedziałam z uśmiechem; zresztą przez cały czas się uśmiechałam, byłam spokojna i nie podnosiłam głosu, tylko wyrażałam zdziwienie. Ale jak już wracałam do domu, to mi się wszystko w środku telepało.

I naprawdę, nie dziwi mnie to, że ktoś przechodząc obok lasku na nieogrodzonym terenie zapuści się odruchowo pod gałęzie na widok grzyba, nawet nie zastanawiając się czy to prywatny teren, czy ogólnie dostępny las.
Ale zadziwiające jest, że elegancka starsza pani wysyła na czyjeś pole swoją córkę, będącą na pewno już po pięćdziesiątce, żeby nakradła grzybów i przyniosła do domu, chociaż wie doskonale, czyje to pole jest,

*nazwisko oczywiście fikcyjne


Stary rano był w lasku i wyzbierał wszystkie grzyby od strony drogi, więc i tak by nic nie znalazła, ale jak ją zobaczyłam w tej lawendzie (no, prawie), to poczułam w sobie ogromną siłę do edukowania społeczności lokalnej.
To nie może być tak, że skoro jesteśmy mili i uprzejmi, mordy nie drzemy, kurwami nie rzucamy i nie dzwonimy na policję, to każdy będzie właził nam do kuchni i wyżerał z lodówki.



Te na blacie to prawdziwki! :)

Komentuj (5)
Blogi
Barbarella
Talenty
CudaMerigold
Dulbeb
Gunia
Lunia
Stary
Młoda
Jedzonko
Pesto
Wypieki
Ogród
Kompostownik
Róże (ang)
Róże (pol)
Róże (rus)
Na drutach
Drops
E-dziewiarka
IK blog
Ravelry
Reszta Świata
Janda
Kazik
MariaPeszek
Nohavica
Przemyk
WOŚP
OKOpress
Pińczów