Rodzynki wydłubane z życia...

Goście

Archiwum
2018
2017
2016
2015
2014
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2013
2012
2011
2010
2009
2008
2007
2006
2005

FB
Poczta
Bank1
Bank2

Allegro
Avon

YouTube
Drzewo

statystyka
e-mail
RSS

Logowanie

Bibliografie

BLOG MAMOFYEN                                         To, co się jeszcze nie wydarzyło, można zmienić.


12.08.2014 (07:05)

Jakoś już na plecach czuję oddech zbliżającego się roku szkolnego i dziwnie mi...

Księżyc w ostatnim czasie szaleje, ale ja na tej wsi oswoiłam się i z Księżycem. Kiedyś nie lubiłam pełni, nie mogłam wtedy spać, zasłaniałam okna, dbałam, żeby nawet małej szparki nie zostawić dla tej jego świecącej łysej pały.
Teraz śpię w sypialni, w której okien w ogóle nie zasłaniam, bo mam tu tylko krótkie lambrekiny u góry. Jak się kładę, to świeci mi akurat w same okna sypialni, a po paru godzinach przesuwa się nieco w prawo i wtedy oświetla cały tylny ogród. Lubię stanąć w otwartych drzwiach i patrzeć na to dziwne światło, na tę latarnię ogrodową, ten zawieszony wśród drzew lampion... niczym na balu, wydawanym niegdyś w Dolinie Muminków.

Prasowałam wczoraj, oglądając zaległe odcinki The Killing , z trzeciego sezonu. Zaczęłam bowiem oglądać sezon czwarty i wyszło mi, że nie za bardzo jestem na bieżąco... drobiazgowe śledztwo własne wykazało, że ten poprzedni obejrzałam jedynie do piątego odcinka, więc wczoraj ze smakiem i zachwytem to uzupełniłam, prasując hałdy obrusów z całych wakacji. Czas już był najwyższy, bo od tygodnia jadamy przy gołym stole, a że mam same lniane i bawełniane obrusy, to... no, doczekały się w końcu!

Zdobyłam tego lata nową umiejętność. No może to trochę na wyrost powiedziane, bo jednak jeszcze ją zdobywam i się uczę - robię masło!
Kupujemy wciąż te trzy litry mleka raz w tygodniu; wlewam je do słoja i po dwóch dniach zdejmuję śmietanę. Trochę fajnie jest z tą śmietaną, jeśli chce się ją zjeść na chlebku, ale trochę była i kulą u nogi, bo ja śmietany do gotowania nie używam już od wielu lat, odkąd istnieją jogurty naturalne. A masła używam i to bardzo!
Dodam, że nie tłukę tej śmietany na przyzbie, w kierzonce umieszczonej między kolanami, tylko w naczyniu antyrozchlapowym miksuję mikserem na najwyższych obrotach aż do skutku.



Resztę mleka przerabiam na twarożek i tu doszłam już do odpowiedniej metody, a efekty są godne wszelkich zachwytów.



Komentuj (2)

14.08.2014 (21:42)

Że tak splagiatuję samą siebie: dwoje dzieci, to fajniej niż jedno, dwa koty, to fajniej niż jeden, nie mówiąc już o psach!

Dziś przywieźliśmy do domu nowego psa. Mieszkał w schronisku dwa miesiące, a przywiozła go tam 15 czerwca policja z jednej z miejscowości między Słupskiem a Ustką. Jakaś ludzka wesz zostawiła go tam przywiązanego do ogrodzenia.
Piesek ma około roku, jest przyjacielski, radosny, nie ma żadnych oznak agresji i nie był też maltretowany, bo bardzo garnie się do do ludzi i jest rozmerdany od pierwszego spojrzenia.
Pewnie państwo chcieli wyjechać i piesek przeszkadzał w realizacji wakacyjnych planów...

Baliśmy się pierwszych chwil w nowym miejscu, a zwłaszcza konfrontacji z Korą, ale poszło nad podziw dobrze i chyba będzie w porządku. Korze bardzo już jest potrzebny psi towarzysz, bo Dumki nie ma z nami już od października.

Proszę Państwa - Kora i Burek!





Komentuj (2)

15.08.2014 (20:57)

Po pierwszej nocy do Kory dotarło, że ta persona non grata nie wpadła tu na chwilkę, że zostaje tu jednak, że śpi tutaj i szczeka na jej koguta i... obraziła się na nas. Ewidentnie wprowadziła się do pokoju mamy, bo mama najmniej miziała się z Burkiem, została więc sprzymierzeńcem. Wołana przez nas, odwracała głowę i ostentacyjnie nas olewała.
Teraz jest już lepiej i wróciliśmy właśnie z psami ze spaceru na pola, gdzie wybiegały się porządnie bez smyczy.
Burek jest dość ułożonym psiakiem, reaguje na: siad i od razu w pakiecie podaje łapkę, rozumie zostaw i nie rzuca się łapczywie na żarcie.
Widać też, że jeździł samochodem, bo zabierany ze schroniska wskoczył grzecznie i od razu usiadł mi przy nogach.

Przy jedzeniu nastąpiła natomiast dość ostra scysja, bo kiedy psy dostały miski jednocześnie, Burek rzucił się na Korę i pogonił ją tak, że bała się wrócić do jedzenia. Został wyrzucony za drzwi razem z miską (do ogrodu) i Kora wtedy dopiero zjadła swoją porcję.
Po pewnym czasie dostały do misek smakołyki, ale tu już Stary wkroczył do akcji i podyktował warunki - najpierw miskę dostała Kora, a Burek w tym czasie stał i karnie czekał, zdecydowanie odsunięty i trzymany na dystans. Po chwili i on dostał michę i już zgodnie zajadały, ale w przeciwległych kątach sieni.

Pracowite dni przed nami, bo oba psy są zdezorientowane i trzeba im pomóc.

Komentuj (0)

16.08.2014 (15:01)

Bardzo dawno nie bolał mnie już kręgosłup mój lędźwiowy pooperacyjny, a dziś nagle, jak nie łupnął! No to zażyłam tabletkę, po której, jak wyczytałam, może wystąpić pustka w głowie jako skutek uboczny. No, ciekawe...

Wczoraj w dniu święta maryjnego wykonaliśmy, my bezbożniki, grzech tynkowania. Znaczy, Stary wykonał, ale ja go wspierałam duchowo. Tym sposobem zaraz za chwileczkę będziemy mieli wytynkowany ganeczek, podobno jeszcze dziś, jak obiecał Stary, ale ja nie jestem taka łatwowierna, więc się zbytnio tej myśli nie uczepiłam.

Mam już wieszak do tego ganeczku i mam tablicę korkową, która zawiśnie nad stojącą tam zamrażarką. Na tej tablicy będę przypinać karteczki z nazwą tego, co wrzucam do zamrażarki, bo ta sfera życia przerasta mnie dokumentnie.
Nigdy nie wiem, co gdzie jest, co wyciągam do rozmrożenia i jak głęboko mam grzebać w czeluściach skrzyni, a więc samo podpisywanie worków z mrożonkami nie gwarantuje jeszcze sukcesu.
Wejdę na wyższy poziom samoorganizacji: produkt włożony = przypięta karteczka, produkt wyjęty = odpięta karteczka. Jeden rzut oka na tablicę pozwoli mi stwierdzić, czy w skrzyni dostatek, czy też grozi nam śmierć głodowa na przednówku.

Firaneczka z wróbelkami do gankowego okienka już jest, lampa sufitowa też, jeszcze tylko jakaś cywilizowana wycieraczka i będę w ganeczku urządzona. Na jesień zostanie nam wytynkowanie ganku na zewnątrz, żebyśmy już wreszcie przestali się afiszować tym styropianem.
Muszę jeszcze kupić taką tacę na buty, do której odcieka woda, bo to jest rzecz na wsi bardzo przydatna, zwłaszcza jesienią i zimą.

No i przeprowadziłam dziś rozmowy handlowe z panem Patrykiem, który być może w przyszłym tygodniu przyjdzie ze szwagrem i unicestwi ten cholerny szalet!

Komentuj (5)

18.08.2014 (23:14)

Ojojoj!























Komentuj (10)

22.08.2014 (07:16)

Siora - tu Ci wklejam te crumble :)

CRUMBLE czyli owoce pod kruszonką - to typowy deser, który robię na oko i taki też będzie ten przepis. Deser jest przepyszny i robię go tego lata dosłownie co kilka dni.
Jako bazę można stosować dowolne owoce; ja do tej pory robiłam z wymieszanych w różnych proporcjach jabłek, śliwek, gruszek, borówki kanadyjskiej, malin i poziomek. Wersja maximum (wszystkie wymienione powyżej owoce) była wczoraj. Wersja minumim (tylko jabłka i śliwki) też była przepyszna.

Owoce (mniejsze w całości, a większe rozdrobnione) wkładam do rondelka i na ok. 1 kg owoców dodaję łyżkę cukru, łyżkę masła i łyżkę mąki ziemniaczanej. Mieszam to wszystko porządnie, a jak trochę puści sok, to podgrzewam prawie do zagotowania, no w każdym razie do momentu, kiedy obecność mąki ziemniaczanej da nam efekt takiego niby-kisielku i wszystko się zauważalnie zagęści. Borówki i poziomki dodaję do owoców dopiero po podgrzaniu, bo są małe i delikatne, więc nie chcę, żeby się rozdziamdziały.
Wykładam potem te owoce do foremki lub naczynia żaroodpornego, posypuję troszkę suchymi płatkami owsianymi i płatkami migdałów, a na wierzch rozsypuję kruszonkę, zrobioną z mąki i cukru pudru (w równych ilościach), zagniecionych z masłem.
Piekę crumble w 180 stopniach z termoobiegiem około pół godziny, zresztą najlepiej obserwować kolor kruszonki :)

Przepis można modyfikować, bo przecież można zrobić małą foremkę lub wielką blachę i wtedy potrzebujemy inną ilość kruszonki. Kruszonka powinna pokrywać owoce dość szczelnie. Migdały można zastąpić orzechami, ale brak migdałów też w niczym nie przeszkadza, próbowałam.
Czasem ten deser wychodzi mi dość rzadki i trzeba go nakładać łyżką, jak ten na pierwszym zdjęciu, a czasem bardziej zwarty i bez problemu nakładam łopatką, jak ten na drugim zdjęciu. Zależy to pewnie od tego, jak dużo soku puszczą owoce.

No i najlepiej smakuje oczywiście na gorąco...





Komentuj (2)
Blogi
Barbarella
Pierwsza
Talenty
CudaMerigold
Dulbeb
Gunia
Lunia
Stary
Młoda
Jedzonko
Pesto
Wypieki
Ogród
Kompostownik
Róże (ang)
Róże (pol)
Róże (rus)
Na drutach
Drops
E-dziewiarka
IK blog
Ravelry
Reszta Świata
Janda
Janerka
Kazik
MariaPeszek
Nohavica
Przemyk
WOŚP
Pińczów