Rodzynki wydłubane z życia...

Goście

Archiwum
2018
2017
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2016
2015
2014
2013
2012
2011
2010
2009
2008
2007
2006
2005

FB
Poczta
Bank1
Bank2

Allegro
Avon

YouTube
Drzewo

statystyka
e-mail
RSS

Logowanie

Bibliografie

BLOG MAMOFYEN                                         To, co się jeszcze nie wydarzyło, można zmienić.


13.08.2017 (15:38)

Opuściłam na pięć dni Gospodarstwo i to był mój drugi wakacyjny wyjazd. Pojechałam na kolejny zlot ogrodniczek z naszego forum, który tym razem odbył się na Lubelszczyźnie. Spotkałam tych, których dawno nie widziałam i poznałam nowych ludzi, do tej pory znanych mi tylko wirtualnie. Mogłam też na własne oczy zobaczyć cztery nowe ogrody i gościć u ich właścicieli.
Rozpiętość wieku uczestników i osób im towarzyszących wynosiła od lat czterech do blisko osiemdziesiątki.
Nie zabrakło wzruszeń długo wyczekiwanymi spotkaniami, a atmosfera życzliwości i wzajemnej sympatii doładowała mnie energetycznie. Wytłukłam się też pociągami tam i z powrotem po naszym pięknym kraju, z ulgą wiec wróciłam do domu.
Zresztą od pewnego czasu mam już tak, że chociaż lubię wyjeżdżać i spotykać się z ludźmi, to zanim wyjadę, chciałabym już być z powrotem. Starość chyba.
A na forum trwają już ustalenia dotyczące kolejnego, przyszłorocznego spotkania.

Tymczasem kocięta ładnie i zdrowo rosną i przedwczoraj miały pierwsze szczepienie. Świetnie integrują się z psami i bywa, że rano mamy w łóżku Burka i te dwa śledziowe łebki. Trzeba tylko pilnować psów, które są zainteresowane w pierwszej kolejności zawartością kociej kuwety, potem kocim żarciem, a dopiero na końcu samymi kotami.
Wkrótce kocia kuweta i żarcie wywędrują na stałe do łazienki, ale na razie, po wstępnym wyniańczeniu w zamkniętej sypialni, maluchy mieszkają w największym pokoju, ale już z otwartymi drzwiami. Zamykamy je tylko wtedy, gdy otwarte są drzwi do ogrodu, bo śledziowe łebki jeszcze nie wychodzą.
Cudnie się razem bawią, przytulają, rozrabiają.





Bardzo dużo się lenię tego lata, często wyleguję się z książką na łóżku ogrodowym. Kącik biesiadny z małym stolikiem jest używany prawie codziennie, jeśli tylko nie leje. Odkąd Stary usypał skarpę na tym spadku terenu, to kącik funkcjonuje dwupoziomowo - po każdym koszeniu zmienia lokalizację i stoi raz na dole, a raz na górze i obydwa miejsca są fajne.

Róże kwitną w tym roku prawie bez przerwy, a raczej takie jest wrażenie, bo przy tylu różach przerwy w kwitnieniu poszczególnych odmian są po prostu niewidoczne.

Komentuj (2)

17.08.2017 (07:40)



Wczoraj maluchy zostały ostatecznie przekwaterowane do łazienki, a tym samym zakończył się etap wstępnego odchowu po sypialniach i innych komnatach. Od razu zaakceptowały wszystkie miejsca służące do do obsługi obu końców układu pokarmowego, a także kosz do spania, ten wielki, na pralce, w którym pięćdziesiąt lat temu Rodzice wozili mnie na sankach.

Oczywiście mam na myśli spanie w ciągu dnia, bo w nocy przychodzą do łóżka.

Komentuj (4)

27.08.2017 (11:42)

Uprawa pomidorów to miłość wymagająca wierności, troski i zaangażowania przez niemal osiem miesięcy. Pierwsze nasionka wysiewam w połowie marca i jak się już zacznie, to trzeba wciąż być czujnym. Wschody, pikowanie, podlewanie, przesadzanie, a tu jeszcze na parapetach mało światła, a na zewnątrz prawie zima. Zbyt wczesne wysiewy nie mają sensu, bo taka rozsada jest słaba, cienka, blada i niedorobiona.
Jak już się robi cieplej, to zaczyna się doświetlanie rozsady na słońcu (bo w domu za ciemno) i hartowanie na powietrzu (bo w domu za ciepło), wymagające biegania z doniczkami rano na zewnątrz a wieczorem z powrotem. Czasem tego biegania jest więcej, trzeba pilnować, a wystarczy zapomnieć tylko raz i trzeba wszystko zaczynać od nowa. Bo wyschnie, bo zgnije, bo zmarznie, bo słońce upiecze, bo wiatr połamie. No i nie lubią być mokre, a lubią przewietrzanie, ale także i ciepełko - tego wszystkiego musiałam się nauczyć.
Na pocieszenie jednak - sadzonki pomidorowe są niezwykle odporne na wszelkie fizyczne szarpanie, co widać po każdym przesadzeniu, a złamany lub oderwany kawałek rośliny wsadzony do ziemi chętnie się ukorzenia i mamy nowy krzaczek.

Po ubiegłorocznej inwazji ZZ, kiedy to nędzne resztki zostały nam do zjedzenia - jest nieźle. Nadążam jakoś z usuwaniem i zakopywaniem porażonych liści, a w foliaku wciąż jeszcze jest zielono. Zielono też wyglądają owoce, ale niektóre z nich zmienią się niewiele, bo to takie odmiany Absynth, Green Zebra, Green Grape, Snow White. Mam kilka nowych odmian w tym roku i choć przeważają koktajlówki, to mam też nienormalnie dużo tych wielkoowocowych, a one są bardziej podatne na choroby.
Codziennie lub co drugi dzień wycinam po kawałku liście, a przedwczoraj poobcinałam już najwyższe grona kwiatowe i skrócilam krzaki, żeby zdążyły dojrzeć te owoce, które już są.

Chocolate Stripes


Green Zebra


Absynth


Marketowe bezimienne koktajlówki, które były pyszne i wydłubałam z nich nasionka



I ogólny krajobraz podfoliowy



A na deser - integracja międzygatunkowa!




Komentuj (2)
Blogi
Barbarella
Pierwsza
Talenty
CudaMerigold
Dulbeb
Gunia
Lunia
Stary
Młoda
Jedzonko
Pesto
Wypieki
Ogród
Kompostownik
Róże (ang)
Róże (pol)
Róże (rus)
Na drutach
Drops
E-dziewiarka
IK blog
Ravelry
Reszta Świata
Janda
Janerka
Kazik
MariaPeszek
Nohavica
Przemyk
WOŚP
Pińczów