Rodzynki wydłubane z życia...

Goście

Archiwum
2018
2017
2016
2015
2014
2013
2012
2011
2010
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2009
2008
2007
2006
2005

Fb
Poczta
Bank1
Bank2

Allegro
Avon

YouTube
Drzewo

statystyka
e-mail
RSS

Logowanie

Bibliografie

BLOG MAMOFYEN                                         To, co się jeszcze nie wydarzyło, można zmienić.


05.09.2010 (08:53)

Syndrom końca wakacji Młody zaakcentował siekierą w łeb, a na początek roku szkolnego miał już w zanadrzu ropień w jamie gębowej z powodu wyrzynających się dolnych ósemek. Spuchł na mordzie niesymetrycznie, otrzymał zwolnienie lekarskie, antybiotyk, skierowanie na panoramiczne rtg zębów i do chirurga szczękowego.
No ale nie, żeby tak całkiem nie był w szkole. Był. Na rozpoczęciu 1 września.

Wczoraj była taka piękna sobota... Posadziliśmy pod szczytową ścianą domu (od strony polnej drogi) ten nasz winobluszcz trójklapowy z balkonu, a więc on też został już wypuszczony na wolność, jak wcześniej brzoza i jarzębinka.
Uszczęśliwiłam też dziś kury: znienacka otworzyłam furtkę między kurnikiem a pasieką, a zamknęłam tę, którą mogłyby wejść burki. Kury były zachwycone – łaziły, dziobały, gdakały, a kogut piał jak opętany. Po jakimś czasie Stary mi uświadomił, że rozebrane jest jedno przęsło ogrodzenia i cudem tylko nasze pieski nie zeżarły jeszcze tych kur! No ale naprawili to szybko i obyło się bez rzezi.
Kot sierściuch nadal urzęduje w szopie, a nawet w kilku, bo mimo oddzielnych wejść, są one wewnątrz połączone.
I z pomocą Młodego przywracaliśmy wczoraj do życia stareńką czarną porzeczkę przy furtce za ogrodem, która była ledwo widoczna w otaczającym ją gąszczu. Młody powycinał z krzewu stare czarne gałęzie i samosiejki śliwek, a ja potem grasowałam w pokrzywach i innym zielsku. Mam nadzieję, że porzeczka się odwdzięczy latem.

Zachwycam się wciąż tym, że wystarczy zrobić kilka kroków i już jestem w ogrodzie. W naszym brzozowym zagajniku znów pojawiają się kozaczki – trzeci dzień z rzędu wracam z łupami! Zaczynają się śliwki, takie fioletowe okrągłe – pychota i nawet zdarzają się bez robali. Będzie też dużo węgierkopodobnych podłużnych, ale one jeszcze nie są dojrzałe. Kończą się już powoli borówki kanadyjskie, zajadamy też teraz późne maliny. Ogórki mi się nie udały - rosną takie małe pękate baloniki, nie wiem, dlaczego. Dojrzewają pod folią pomidory malinówki i bawole serca, a już od końca lipca cały czas zajadamy te małe koktailowe. Na nadmiar kabaczków i cukinii nie narzekamy, a dynia ma rozmiary piłki tenisowej i nie za bardzo jakoś rośnie. Tak więc, ten mój pierwszy rok w ogrodzie bez szału.

W domu wciąż musimy znosić pewne niedogodności, ale wszystkiego naraz zrobić się nie da. Bardzo mnie wkurza brak podłogi w jadalni i tylnej sieni, bo przez to niemożliwe jest utrzymanie podłóg w czystości. Wiecznie nosi się piach po tych płytach osb, a psy nie wycierają butów, przychodząc z ogrodu!

Jednak mieszka się tu wspaniale i śpi się cudnie. W takim starym domu jest zupełnie inne powietrze, na przykład śmierdziele kuchenne (smażenie ryb, gotowanie kapusty) w tamtym mieszkaniu czuć było jeszcze na następny dzień, a tu – znikają bez śladu po godzinie!
Przepalamy już codziennie w piecu CO, bo wieczory są zimne i przyjemnie wyjść spod prysznica na podgrzaną podłogę. Wiele jeszcze roboty przed nami, a to i owo musimy zdążyć koniecznie przed zimą. Trochę się boję tej zimy i czuję, że muszę tu zaliczyć okrągły rok, żeby powiedzieć, że naprawdę już wrosłam w ten dom, w te dojazdy, w to całkiem inne życie.

Zdaje mi się czasem jeszcze, że wciąż jestem na wakacjach i wkrótce przyjdzie czas, żeby się spakować i wrócić do bloku.

Komentuj (1)

16.09.2010 (08:15)

Karmienie kota wygląda tak (kot z karmicielem są wewnątrz):


A co poza tym?







A wszystkiego razem pilnuje pies morderca:


Komentuj (6)

18.09.2010 (22:16)

Uwielbiam to łażenie z pieskami po polach, wyprawy do lasu. Dziś też byłyśmy, nazbierałam znów jeżyn i trochę grzybów. Stary dał się ponieść psychozie: „a czy te kanie, to naprawdę kanie?!”, chociaż zbieramy kanie od lat i jeszcze nigdy nie umarliśmy po ich zjedzeniu.

W naszym brzozowym zagajniku pojawiają się szare i czerwone kozaki, a przedwczoraj znalazłam jednego prawdziwego rydza! Nie mogłam uwierzyć, no ale są pojedyncze sosenki, a rydze lubią sosenki. Pani S. mówiła, że pod koniec sezonu grzybowego możemy się tu jeszcze spodziewać prawdziwków.

Mały stary pies, który już czasem nie miał nawet siły wskakiwać na łóżko, zyskał po tej przeprowadzce drugie życie, jak w grze komputerowej. Pojawienie się w domu młodej suki też zrobiło swoje i teraz staruszka znów dzielnie przemierza kilometry, tylko trzeba jej pilnować w lesie, bo się gubi i traci orientację. Nie zawsze potrafi zlokalizować źródło głosu, chociaż go słyszy, bo przecież widać to po jej zachowaniu. To jest niebezpieczne, bo biegnie wtedy w całkiem przeciwnym kierunku, jakby słyszała odbicie głosu od jakiejś leśnej przeszkody. Może zresztą tak właśnie jest.
Ale poza tym to suczki są grzeczne na spacerze, nie uciekają, biegają cały czas w pobliżu i mimo szaleństw utrzymują kontakt wzrokowy. Młoda duża tak dziś szalała w leśnym rowie pełnym wody, wskakiwała do tego błota i wyskakiwała, zanurzała mordę aż po same oczy, wyciągała stamtąd jakieś kępy trawy z błotem i szarpała je na wszystkie strony. Po tych wariacjach wyglądała jak diaboł – brudna, oblepiona błotem, z mordą ociekającą wodą – żałowałam, że nie mam aparatu, żeby jej zrobić zdjęcie.

Na tych wyprawach zbieram też na łąkach różne zioła. Mam nasuszony na zimę rumianek i dziurawiec, zbieram też jeszcze i suszę kwitnący wciąż krwawnik, żeby był na wiosnę do walki z chorobami grzybowymi w ogrodzie, kiedy świeżego krwawnika jeszcze nie będzie.

A jutro od rana przystępuję do kampanii śliwkowej. Nazbierałam w ciągu dwóch dni czterdzieści kilogramów śliwek, prawie wszystkie w kurniku; część już leżakuje w gąsiorze, a reszta w wannie czeka na jutrzejszy poranek. Praca żmudna, bo dużo jest robaczywek i trzeba oczy wytrzeszczać...

W ogrodzie pojawiły się jesienne krajobrazy, ale aksamitki wygrywają:


Ta notka jest dla Starego – bo narzeka, że się obijam i nie piszę. A same zdjęcia to dla niego za mało, bo ma te widoki na żywo...

Komentuj (3)

19.09.2010 (20:20)

Wpadłam w ciąg alkoholowy. Najpierw te czterdzieści kilo śliwek, które dostarczyły wsadu do wypełnienia gąsiora. Będzie z tego... hmmm... No, wino, oczywiście!
W rureczce co jakiś czas słychać "plum", jakby wiedziała, że tam w środku są śliwki.

Trochę tych śliwek (no tak na oko z półtora kilograma) odlożyłam, wrzuciłam do dużego słoja, w którym zazwyczaj kiszę ogórki małosolne i zalałam wódką.
Potem poszłam na maliny. Zerwałam spory pojemniczek, przyniosłam do domu i po chwili namysłu ("zamrozić, czy zalać?") - zalałam wódką.
No a potem to już zrobiłam planowaną wcześniej nalewkę - gałązki rozmarynu wrzuciłam do butelki, dodałam pokrajaną w paseczki skórkę z połowy cytryny i jeszcze z połowy pomarańczy i... zalałam wódką!

Ta rozmarynówka ma stać 3-4 tygodnie. Tamte owocowe - matkobosko! Napisali, że nadają się do picia już po miesiącu, ale lepiej, jak postoją rok. No kto by to wytrzymał!
Ale za to w produkcji tych owocowych nalewek występuje jeden szalenie obiecujący etap, który się nazywa: "wódkę zlać i przefiltrować, pozostałe owoce zasypać cukrem".
Mmmm... Te słodkie pijane śliwki i maliny... Żyć warto!


Ja już widzę, ile teraz nowych czytelników trafi na mojego bloga! (wszyscy ci, którzy wpiszą w google'a "ciąg alkoholowy"...)



Komentuj (3)

22.09.2010 (22:27)

Wczoraj wieczorem usłyszałam je po raz pierwszy; robiły "chrum, chrum" w rogu sypialni za szafą, ale tak jakby od tamtej zewnętrznej strony. Brzmiało to tak, jakby drapały pazurkami w kamienie, z których jest zrobiona podmurówka domu... Po jakimś czasie wszystko ucichło, a po chwili zaczęło się odkrywanie śladów. Bobki na lodówce, tam, gdzie przechowujemy pieczywo i piękna okrągła jamka wygryziona w kromce chleba... Bobki koło zlewozmywaka, za kamiennym garem na sztućce, bobki na podręcznym stoliku, gdzie stoją nasze kubki. A przecież ja nie mam jeszcze kuchennego kredensu, większość rzeczy stoi na wierzchu, szafka na produkty sypkie jest nieszczelna i łatwo dostępna - horror!

"A to kurwie syny!" - powiedział Młody (który czyta właśnie Sapkowskiego, co wiele wyjaśnia).
A Stary, z tym swoim stoickim spokojem stwierdził, że to normalne i że przecież mi mówił, że na pewno będą myszy! I od razu chciał podle wykorzystać sytuację i przynieść kota do domu, ale rzuciłam się na próg i rozdarłam na piersiach koszulę. No, prawie...

A przecież suszyłam dziewannę i wieszałam w sieni! A przecież myszy na jej widok miały zawracać w progu! Ale fakt, że przyniesienie dziewanny do sypialni i wsuniecie wiązki za szafę jakby je wyciszyło. Czytałam o tej dziewannie już rok temu i dlatego nazbierałam i nasuszyłam profilaktycznie i proszę!

Na Allegro ultradźwiękowe odstraszacze, które wykańczają myszy nerwowo, robiąc im w mózgu dyskotekę i zmuszają je do wyprowadzki. Różne ceny w zależności od zasięgu działania.
Na forach różne pułapki i porady: że nie ser, tylko boczek, nie boczek, tylko sucha psia karma, a najlepsza to skórka chleba.
Do tego totalna histeria na punkcie tej dziewanny. Jutro po pracy biegiem lecę w pole i wyzbieram, co tam jeszcze uda mi się znaleźć. Potrzebuję przyczepę dziewanny. Do piwnicy też; przecież ja w piwnicy chcę trzymać warzywa, a piwnica jest pod kuchnią.

Trutka wykluczona, bo psy; a poza tym - te usychające pod podłogami mysie trupki.. bleee! Planuję zmasowany atak: ultradźwięki (potęga nauki), dziewanna (mądrość ludowa) i staroświeckie zwyczajne łapki na myszy (zwykłe chamstwo). I niech mi się tu ekolodzy nawet nie ważą głosu zabierać!
A w sobotę Testosterony będą przeczesywać teren wzdłuż ściany budynku i zapychać wszystkie szpary. Tylko cóż, trzeba się jeszcze jakoś nauczyć, że drzwi do domu mają być zamknięte, a to naprawdę nie jest łatwe, zwłaszcza, kiedy przychodzą te ostatnie ciepłe dni.

No tak, to wrzesień. Wiele lat temu, kiedy zamieszkałam w bloku, a osiedle było jeszcze w trakcie budowy, z pobliskich pól przybywały we wrześniu myszy i miewałam je nawet u siebie na trzecim piętrze.

Leżę, nie ruszam się prawie; piszę notkę i nawet radio przyciszyłam. Słucham, czy gdzieś w pobliżu nie oddychają.

Komentuj (5)

26.09.2010 (19:41)

Wiadomości z frontu są następujące:
1. pierwszej nocy złapał się na łapkę „trzask” jeden mysz (w kuchni na lodówce)
2. więcej trafień nie odnotowano
3. dziewanna poupychana została za szafami i szafkami sypialni, w łazience i w sieni
4. na górze wykryto miliony mysich bobków i dziurę, wygryzioną w zapasach psiej karmy
5. dokonano przeniesienia jednej łapki z kuchni i jednej z sypialni na górę
6. pierwszej nocy każda z nich złapała po myszy
6. dokonano przeniesienia kota z szopy na górę (wraz z talerzem i filiżanką)
7. chleb nadal trzymam w lodówce

W sobotę udało mi się rozpakować kolejne kartony; dokumenty i zdjęcia trafiły na swoje miejsca w sekretarzyku, pudła ze szkłem i ceramiką mogły wreszcie zniknąć z blatu sekretarzyka i jadalnia nabrała bardziej cywilizowanego wyglądu.
Stary zlał z gąsiora ze śliwkami to przyszłe wino i przeniósł je z łazienki do kotłowni, żeby miało ciepełko. Nie wspomnę, że wcześniej pół ściany w łazience zbryzgał śliwkami.
No ale posprzątał. Prawie.

Piekłam dziś pierwszą pizzę w nowym starym domu w nowym piekarniku. Program do pieczenia pizzy jest zachwycający.

W sobotę Młody spędził cztery godziny w polu paląc nagromadzone gałęzie i wyglądał tam, jak Antek, pasający świnie, kiedy tak pilnował tego ognia, czytając Sapkowskiego i aż się dziwiłam, że nie ma siostry Rozalki. Wyciął też w pasiece i wykarczował kolejne śliwy samosiejki, porażone hubą ogniową. Wciąż wypuszczamy tam kury, które są teraz jakże szczęśliwymi kurami; grzebią tam ochoczo pazurami oraz obsrywają i rekultywują teren pod przyszłe grządki. Urządzimy tam ogród użytkowy, będę miała blisko po pietruszkę do rosołu, jakby coś.

Podczas remontu, przy demontażu drzwi w sieni znaleźliśmy stare gazety, które były poupychane w ścianach dla ich uszczelnienia. Najmłodsze z nich miały datę 1926, więc prawdopodobnie w tym roku remontowany był dom i wtedy też została dobudowana ta część, w której teraz jest jadalnia i sypialnia. Gazety są w różnym stanie, ale kilka z nich udało się uratować a dwie po odprasowaniu, oprawiłam w antyramy. Są to fragmenty magazynu mody dla pań „Der Bazar”. Będą wisiały w sieni, na szachulcowej ścianie.



Komentuj (3)

28.09.2010 (20:14)

Więcej myszy się nie złapało, przynajmniej na dole, bo na górze to nie wiem. Być może na górze złapały się kotem, ale ten kot jest taki mały. Ja nie wiem, jak on mógłby złapać mysz.
No i mieszka sobie ten sierściuch na poddaszu, spał tam już trzy noce. Jak się kręcimy po sieni, patrzy na nas z góry. To podobno dziewczynka jest; Dziunia, jak sądzę...


Powoli zabieram się za cegły w kuchni. Mniej teraz pracy w ogrodzie, więcej czasu spędzam w domu, więc wreszcie wystartowałam z tym preparatem do czyszczenia klinkieru. Szczerze mówiąc, nie zauważyłam jednak, żeby cegły były po tej operacji jakoś rewolucyjnie wyczyszczone. Po czyszczeniu nanoszę klinkier oil, ale też bez szału.

Leje drugi dzień, strugi wody płyną naszą drogą. Dziś rano pierwszy raz skorzystałam z uprzejmości gimbusa, bo nie miałam odwagi w taki deszcz pomykać do przystanku.
W domu jest ciepło i cicho. Odgłosy wichury, tak dokuczliwe w blokowym mieszkaniu - słyszalne w szybach wentylacyjnych, na dachu, za oknami – tu zupełnie nie istnieją.
A rozpalanie drewnem w piecu pachnie na cały dom. Kotłownię mamy otwartą w ciągu dnia, żeby ciepło samego pieca też się mogło stamtąd wydostawać.

Zasypałam wczoraj cukrem pigwę na pigwówkę. Leżakuje, puszcza sok, pachnie...

Dziś też zrezygnowałam ostatecznie z tegorocznej kontynuacji nauki angielskiego. Cóż, dorosłej ludności o TAKIM poziomie zaawansowania nie ma w mieście za wiele, a jeśli już, to nie na taką godzinę, jak ja bym chciała. A chciałabym na szesnastą, tak zaraz po pracy, żeby nie jeździć wte i wewte. Nie bardzo to się tak dało, więc stwierdziłam, że nic na siłę. Muszę się przecież najpierw nauczyć tej wsi przez okrągły rok i to jest teraz najważniejsze. Nie wszystko naraz!
Było mi trochę przykro i ogromnie szkoda wspaniałych zajęć, ale najgorsza jest ta obawa, że zapomnę, że zmarnuję to, co już umiem.
Ale jak już to miałam za sobą, to mi też i ulżyło.

Ha, a na zimę będziemy orać nasze pole!

Komentuj (2)
Blogi
Barbarella
Talenty
CudaMerigold
Dulbeb
Gunia
Lunia
Stary
Młoda
Jedzonko
Pesto
Wypieki
Ogród
Kompostownik
Róże (ang)
Róże (pol)
Róże (rus)
Na drutach
Drops
E-dziewiarka
IK blog
Ravelry
Reszta Świata
Janda
Kazik
MariaPeszek
Nohavica
Przemyk
WOŚP
OKOpress
Pińczów