Rodzynki wydłubane z życia...

Goście

Archiwum
2018
2017
2016
2015
2014
2013
2012
2011
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2010
2009
2008
2007
2006
2005

FB
Poczta
Bank1
Bank2

Allegro
Avon

YouTube
Drzewo

statystyka
e-mail
RSS

Logowanie

Bibliografie

BLOG MAMOFYEN                                         To, co się jeszcze nie wydarzyło, można zmienić.


02.09.2011 (13:13)

Sierpień się skończył, czas się wyspowiadać z moich lawendowych prób i błędów. Jak pisałam, mam lawendę w czterech różnych fazach rozwoju. Pokażę dziś, jak roślinki się pozmieniały w ciągu tego sezonu.

Najpierw te kupowane. Ładnie wyglądają zarówno te z zeszłego roku jak i tegoroczne, chociaż bardzo różnią się od siebie. Jedne i drugie kwitły, ale pokrój mają całkiem inny.

Te stare nie są zbyt wysokie, ale bardzo gęste, zwarte i mają grube pędy.









Tegoroczne natomiast mają pokrój luźny i filigranowy, gałązki cieńsze ale i dużo dłuższe, co zresztą może mieć związek z całkiem innymi warunkami, w których rosły – nie miały tyle słońca, co tamte stare i miały towarzystwo za blisko.







Sadzonki ukorzeniane w skrzyneczce i wysadzane potem do gruntu zawiodły mnie na całej linii. Niby wszystkie się przyjęły, ale niewiele urosły i roślinki są nieładne, wyglądają, jak patyki z listkami. Niektóre z nich kwitły, ale nie wszystkie. Za to wszystkie aż się proszą o przycięcie.







Zdecydowanie najbardziej godny polecenia jest wysiew z nasion. Tu efekt jest najbardziej spektakularny, choć i roboty najwięcej i najbardziej to wszystko rozciągnięte w czasie. Za to z nasionka małego, jak kropka na końcu tego zdania, po pięciu miesiącach od wysiewu mamy nieprawdopodobny przyrost masy! A krzaczki są silne, gęste, o grubych zdrowych pędach, aż miło patrzeć. Dwa z nich nawet chciały zakwitnąć, ale urwałam pędy kwiatowe, bo czytałam, że są za młode na takie wyczyny i w pierwszym roku tak trzeba zrobić, żeby maluszki niepotrzebnie się nie wysilały.









Większość moich lawendowych krzaczków zmieni na wiosnę miejsce zamieszkania. Poprzesadzam je już na pole, a tam wszystkie będą miały jednakowe warunki: piach i słońce, czyli to, co lubią.

A jesienią mam zamiar wypraktykować jeszcze jeden sposób rozmnażania lawendy – wysieję nasionka do gruntu, żeby się zimą wystratyfikowały w naturalny sposób.

Komentuj (3)

03.09.2011 (15:11)

Sierpień był miesiącem, kiedy bardzo dużo rzeczy pchnęliśmy do przodu w naszym gospodarstwie. Nie oszukujmy się, to Stary głównie tyrał, ja zaś dostarczałam mu strawy dla ciała i ducha jego (smażyłam kotlety i śpiewałam wesołe piosenki, pląsając wdzięcznie).

Po pierwsze, budynek gospodarczy, który mieści garaż i dwie szopy otrzymał nowy dach na miejsce azbestowego eternitu. Zrobiliśmy porządek z drewnem opałowym, którego całe hałdy zostały połupane i porządnie poukładane przy szczytowej ścianie tej szopy. To są nasze zimowe zapasy.
Usunęliśmy też od razu winorośl, która tam rosła i pięła się kiedyś po ścianie szopki. Szopki już nie ma, a kłąb pędów i liści zasłaniał nam widok z okna kuchennego na studnię. Kiedyś ta studnia będzie naszą perełką, a tymczasem widok jest taki.


Po drugie kuchnia. Wreszcie powstał pod sufitem kanał, łączący okap nad płytą gazową z szybem kominowym. Tym wyciągiem będą uciekać opary znad garów. Stary musiał się w tym celu najpierw przebić do komina, co sprowadziło kolejne dni destrukcji na moją kuchniojadalnię. Wytynkował też ścianę w kuchni ostateczną warstwą gliny, przy czym trwało to długo, bo w tej dziurze przy kominie trzeba było położyć kilka warstw, a każda z nich musiała wyschnąć zanim położył następną. Bardzo mi się podoba ten kącik i już widzę jak mi się tam smacznie będzie pichcić, choć do finału jeszcze daleko.
Gliniane tynki w kuchni i sieni będziemy gruntować (robiłam już próbę - glina nieznacznie ciemnieje i jest nieco gładsza w dotyku) i mam nadzieję, że nie będzie się z niej sypać przy lada dotknięciu. A jak zmoczone deszczem psy wytrą się o ścianę w sieni, to potem będę mogła zmyć efekty.


Po trzecie kurnik. Wycięte są w kurzej części ogrodu kolejne śliwy i kilka bzów, co pozwoliło wyznaczyć już przebieg nowego ogrodzenia. Tym sposobem zmniejszymy kurzy teren i odsuniemy go od domu. Teraz jeszcze bardziej widać piękno dwóch starych jabłoni, które tam rosną. Na ich widok niektórzy goście mówią: „o, jakie piękne jabłonie”, a inni pytają: „a te jabłonie to do wycięcia?”.

Te jabłonie to nie do wycięcia. Jedna z nich, to moja ukochana szara reneta, a druga – jakieś niewiadomoco, raczej piękna niż smaczna. Po przesunięciu ogrodzenia kurzego królestwa jabłonie będą przywrócone ludziom i będą upiększać i zacieniać biesiadną altanę z wędzarnią, grillem i piecem chlebowym, która tam powstanie.

W sierpniu Stary zrobił mi też nowy regał na przetwory w piwnicy, bo na tym, co był dotychczas już się nic nie mieściło i słodkie mieszało mi się z wytrawnym, co burzyło mój porządek świata doczesnego.
Przy okazji wykuł sobie swoją wymarzoną dziurę, łączącą piwnicę z kotłownią, o czym opowiadał mi od zimy i co ma związek z cyrkulacją powietrza, ale ja i tak nie wiem, o co chodzi.

Trwa też wymiana ogrodzenia od strony pola sołtysa. Był tam piękny drewniany płotek, którego bardzo mi szkoda, ale niestety był już spróchniały i wysłużony. Sztukowali go już w kilku miejscach poprzedni właściciele, a i my musieliśmy od wiosny łatać dziury na bieżąco.
Kora bowiem szybko wypraktykowała, że jak porządnie szturchnie łbem lub łapką swoją futrzaną dowolnie wybraną sztachetę, to droga na pole stoi przed nią otworem.


Nowe ogrodzenie to biedacka cienka siatka, której daleko do urody płotku ze sztachet,. Jednak pomysł jest taki, że będzie podsadzona roślinami i w ciągu kilku lat zniknie w ich objęciach.
Przy tym ogrodzeniu jest masa roboty. Na razie wymieniona jest jedna z trzech długości, która w przeważającej części będzie obsadzona malinami jesiennymi.
A przy okazji likwidacji wielkiej pryzmy kompostowej i pokrzywowych chaszczy w narożniku ogrodu oczom naszym ukazały się takie oto wykopaliska.


I tak wyszło dwanaście prac Herkulesa, czy jakoś tak około...

Komentuj (2)

05.09.2011 (19:13)

Dziś w dniu owocowym przy wznoszącym się księżycu zrywałam jabłka z drabiny. Podobno gwarantuje to ich dobre przechowywanie się. Nazrywałam trzy skrzyneczki, są już wyniesione do piwnicy.

Proces adaptacyjny w pracy w toku. Przecież lubię chodzić do tej pracy, ale wiem to, jak już tam jestem. W domu natomiast jestem zła, że muszę znów chodzić do pracy. I co to jest?
Zabija mnie huśtawka temperatur. W pracy zimno, ale nic to - siedzę, przyzwyczajam się, nie jest źle. Wychodzę po sześciu godzinach - na dworze upał.

Okazuje się, że zapchałam ftpa i nie mieszczą mi się już te zdjęcia. Przyjedzie Młoda, to mnie zagnieździ na jakimś nowym ftpie; ja nie umiem, ani nawet nie wiem, co to jest.
Młoda napisała w piątek w komunikatorze: "Żuczki moje, a nie wędzicie czegoś przypadkiem? Mniam..."
No to wędzimy. Jutro.
Te bachory robiom z nami co kcom.

Nie dostałam tej super pracy, co to pisałam cv i list motywacyjny, nawet nikt do mnie nie zadzwonił. Mówiłam, że to nie dla starców, ale Młoda mnie zmanipulowała.
No ale przynajmniej mam wypasione nowoczesne cv! Każę je sobie włożyć do trumny pod poduszkę.

Komentuj (2)

09.09.2011 (22:46)

Robimy teraz w pracy inwentaryzację zbiorów i przy tej okazji przypomniała mi się niespodziewanie książka „Dom pod kasztanami” Heleny Bechlerowej. Usłyszałam tytuł i od razu zobaczyłam te rysunki, te zdarzenia...

To była jedna z ulubionych książek mojego dzieciństwa, czytałam ją wiele razy i lubiłam bardzo ten klimat, który był tam tłem wszystkich zdarzeń. Mocno działała mi na wyobraźnię; widziałam dokładnie szczegóły, czułam zapachy i słyszałam dźwięki... Byłam tam.
Każdy rozdział był zamkniętą całością, do każdego przypisana była jedna, ale kolorowa i na całą stronę ilustracja Szancera.

I pojawiła mi się nagle taka fantazja seksualna, że w słoneczne popołudnie siedzę sobie na kocu pod jabłonką z moimi dziećmi i czytam im tę książkę. Nie kiedyś, jak były małe, ale takim, jakie są teraz – dorosłym dzieciom. Gdyby chciały, gdyby im się spodobało... to musiałoby być coś nadzwyczajnego.
Trochę się jednak boję, że jakbym ją teraz przeczytała, to mogłaby nie zrobić na mnie takiego wrażenia, jak kiedyś. I szkoda by mi było.
Ale potem myślę, że może jednak...

Chciałabym i boję się.

Komentuj (2)

14.09.2011 (20:48)

Jestem niewyspana, wykończona, przemęczona i zestresowana tym co w domu i tym co w pracy.
Nie chce mi się pisać.
Chciałabym zniknąć chyba.

Wykopałam marchew, pozrywałam trochę jabłek, jutro muszę posadzonkować lawendę i posadzić tulipany. Ze wszystkim nie zdążę. Wyjeżdżam w sobotę rano na dwa tygodnie.
Martwię się, boję się - cukier, migotanie, anemia, transfuzja.
Łzy mam cały czas tuż tuż na podorędziu, tylko patrzeć.

Młoda dziś w podróży; wraca tam skąd przyjechała, bo jutro zaczyna pracę. Będzie zadowolona, będzie lubiana, trafi do świetnego zespołu i wszystko jej się ułoży tak, jak będzie chciała i to nie tylko w pracy. Howgh!

Śniło mi się dziś, że tańczyłam z obcym facetem o diabolicznej twarzy; znaczy już nie takim obcym, bo uprzednio go poznałam w tym śnie, a potem dopiero znienacka porwał mnie do tańca. Czy to dobrze, czy to źle?

Dla relaksu oglądam buty na allegro. Chciałabym mieć dużo pieniędzy i za wszystko nakupować butów.

Komentuj (7)
Blogi
Barbarella
Pierwsza
Talenty
CudaMerigold
Dulbeb
Gunia
Lunia
Stary
Młoda
Jedzonko
Pesto
Wypieki
Ogród
Kompostownik
Róże (ang)
Róże (pol)
Róże (rus)
Na drutach
Drops
E-dziewiarka
IK blog
Ravelry
Reszta Świata
Janda
Janerka
Kazik
MariaPeszek
Nohavica
Przemyk
WOŚP
Pińczów