Rodzynki wydłubane z życia...

Goście

Archiwum
2018
2017
2016
2015
2014
2013
2012
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2011
2010
2009
2008
2007
2006
2005

Fb
Poczta
Bank1
Bank2

Allegro
Avon

YouTube
Drzewo

statystyka
e-mail
RSS

Logowanie

Bibliografie

BLOG MAMOFYEN                                         To, co się jeszcze nie wydarzyło, można zmienić.


02.09.2012 (09:25)

Dla Kajzerki :)





Komentuj (3)

02.09.2012 (20:32)

Koniec wakacji, a jutro wracam do pracy. Te ostatnie dni dały się wygrzać, nacieszyć słońcem.
Znów będę wychodzić codziennie o 6.55 i wracać o 16.15. Znów będę oglądać mój ogród tylko popołudniami, a wkrótce, jak dnia ubędzie - tylko w weekendy. Tracę balans...

Dla podtrzymania balansu trochę zdjęć.





















Komentuj (5)

08.09.2012 (12:02)

Oddech jesieni czuje się w ogrodzie, chociaż jeszcze słonecznie, pachnąco i kolorowo.

Mama wyjechała o świcie pociągiem pod opieką Młodego i Panny, Stary pojechał do roboty, a ja zostałam sama. Łażę po domu, snuję się, sprzątam, odkurzam, odszczurzam i mniej więcej raz na pół godziny zalewam się fontanną łez, wspartą głośnym szlochem. No, w bloku to bym sobie na to nie mogła pozwolić, bo niosłoby się szybem wentylacyjnym przez cały pion.

Klimakterium chyba nadchodzi i teraz będę znów niestabilna jak nastolatka.

Podpaliłabym coś.

Komentuj (7)

09.09.2012 (21:36)

Pierwsza zapowiedź jesieni, to kwitnące marcinki przy płocie.







Komentuj (4)

17.09.2012 (22:22)

W sobotnie przedpołudnie odwiedzili nas Niemcy.
Najpierw zobaczyłam przez okno, że idą sobie jacyś ludzie, a potem zatrzymują się, odwracają i patrzą na dom; i pokazują coś sobie i robią zdjęcia. Wpadłam w panikę, co to za jedne i poleciałam do Starego. Stary wyszedł z dumnie wysuniętym podbródkiem i tu się zdziwił, bo oni przywitali się po niemiecku.

Wrócił więc po mnie z takim oto dictum: chodź, jakieś młode też tam są, pewnie znają angielski, będziesz gadać po angielsku.
-Ja? Po angielsku?! - zawrzasłam. Bo ja po angielsku wszystko mogę: word formation i key word transformation, multiple choice i multiple matching, tlumaczenia i zastępstwa, filmów oglądanie z napisami w oryginale i zatrzymywaniem projekcji na co dłuższych kwestiach... no więc prawie wszystko! Ale nie GADAĆ!
Więc zdarłam kołdrę z Młodego z okrzykiem:
-Młody, wstawaj, Niemcy przyszli, będziesz gadać po angielsku!
I Młody wstał i gadał. A jak ja usłyszałam, JAK oni gadają po temu angielsku to też zaczęłam.

Osiemdziesięcioletni pan jako dziecko chodził do szkoły, która była w naszym domu. Przyjechał tu teraz z córką i jeszcze dwojgiem ludzi w jej wieku. Widać było, że jest bardzo wzruszony, jego towarzysze mówili zresztą, że to dla niego bardzo trudna wizyta. Robili zdjęcia w ogrodzie i potem w domu, bo zaprosiliśmy ich do środka. Powiedzieli nam, że w dużym pokoju była wtedy klasa, a w naszej obecnej jadalni i sypialni mieściło się mieszkanie nauczyciela.
Staruszek opowiadał o wielkim krzewie bzu, z którego niegrzeczni uczniowie sami musieli ścinać patyki, a później nauczyciele wymierzali im karę. A w naszym tylnym ogrodzie było podwórko, na które uczniowie wybiegali na przerwach.
Mówił też o gruszy, rosnącej na przystanku PKS, że jako mały chłopiec jadał te ulęgałki.
A jego córka powiedziała nam, że w 1947 roku był taki dzień, kiedy rodzice jej ojca dostali 10 minut na spakowanie wszystkiego, co chcą ze sobą zabrać do Niemiec, wiedząc, że już nigdy tu nie wrócą.
-Tak, wiem, czytaliśmy o tym – powiedziałam, bo cóż miałam powiedzieć...

Bardzo im się podobała nasza ceglana ściana w tylnej sieni. Na pożegnanie dostaliśmy od każdego z nich takie silne, pełne wdzięczności, energetyczne uściski dłoni... dawno nie czułam czegoś takiego. Chyba się nie spodziewali, że będą mogli znaleźć się aż tak blisko przeszłości.
Tę energię czuliśmy przez cały dzień...

Tu muszę wspomnieć o stosunku naszego psa do języków obcych. Kora najpierw szczekała na nich wściekle, jak na wszystkich przechodzących koło naszego ogrodzenia, ale jak się odezwali, to przestała i już nie darła mordy zupełnie. Młody stwierdził, że to dlatego, że nie zna niemieckiego i się zdziwiła.


W sobotę zrobiłam też nową rabatę, a właściwie to tylko powiększyłam rabatę różano-ziołową i dołączyłam do niej nowe wrzosowisko. Z tym, że wrzosowisko jest tymczasowe, bo w porywie serca nakupowałam wrzosów, które muszą się gdzieś przekimać, zanim trafią na miejsce docelowe, które też już jest mniej więcej zaplanowane, ale na razie zajęte.
Kupiłam te wrzosy, bo zeszłoroczna transplantacja wrzosów z lasu zupełnie się nie powiodła i tu raz wreszcie rację miał Stary, który mówi, że ja wszystko zawsze chcę robić w NAJGORSZYM MOŻLIWYM TERMINIE.
A na te nasze piachy, wrzosowisko - wypisz-wymaluj!


Ach, no i jeszcze - kury niosą się ochoczo, a w piątek sprzedałam pierwszą dziesiątkę jaj!

Komentuj (11)

19.09.2012 (19:39)

Dziś po pracy robiłam stan zero pod jabłoniami. Krzątałam się tam i krzątałam i zorganizowałam cztery zasadnicze punkty ześrodkowania zgniłków.
Renety są wielkie, stare i wytwarzają w sezonie najpierw zgniłki a potem jabłka. Stan zero to wyczyszczenie terenu ze zgniłków i przygotowanie go na spadające jabłka właściwe.
Pierwsze śliwki robaczywki, a pierwsze jabłka zgniłki - jak niesie wieść gminna.

O ile z szarej renety trochę jabłek da się pozrywać do skrzynek, to ze złotej - no way! (o, proszę - to było po angielsku). Pozwalamy więc im spadać i zbieramy i pieczemy i pożeramy, i rozdajemy na prawo i lewo. Są wspaniałe - wielkie, złociste, aromatyczne i smakowite.

Najczęściej robię tak - obieram, rozdrabniam trochę, na takie grubsze kawałki, wrzucam do formy i zalewam biszkoptem utrzepanym z pięciu jaj. Biszkopt wpływa pomiędzy jabłka i skleja je tylko nieznacznie; pożeramy na gorąco. No i renety nie wymagają dosładzania, za to je kocham.


Nie sypiam po nocach, bo kot Zuzia też już się nauczył przychodzić do sypialni, przemykając przed nosem śpiącej w sieni Koruni i organizuje mi rozrywki.
Budzę się, czuję zapach kota. I czuję też od razu, że leży przytulona do boku mojej głowy powyżej prawego ucha. To jeszcze nic, można spać dalej.
Ale jak z zadowoleniem mruczy i udeptuje mi przednimi łapkami policzek albo cycki, to ja bardzo przepraszam.
Albo liże mnie w oko o czwartej nad ranem. Albo zatyka mi sobą nos i nie mogę oddychać.

Wychowywanie się Zuzi z Dziunią ma takie następstwa, że jak ją odpycham, albo energicznie wyrzucam z łóżka, to natychmiast wskakuje z powrotem, bo myśli, że przystąpiłam do zabawy.

Komentuj (6)

29.09.2012 (22:28)

Ach, co to był za dzień!

Po pierwsze posadziłam lilie azjatyckie, kupione na forum ogrodniczym. Dałam się omamić kolorom i opisom i kupiłam dziesięć lilii – po dwie z każdego rodzaju: Brasilia, Forever Susan, Purple Eye, Little Kiss, i Visa Versa. Dołączą do moich czterech odmian, które już mam. Lilie długo kwitną, są piękne i pachną oszałamiająco, a ich liście są dekoracją nawet po przekwitnięciu. Nowe cebule na razie trafiły na miejsce tymczasowe i posadziłam je w osłonkach, żeby nornice mi ich nie zeżarły.

I ugotowałam obiad z dwóch dań – barszczyk buraczkowy, a na drugie schabowe z ziemniakami i duszoną w maśle marchewką. Mamy w tym roku taką pyszną słodką marchewkę z naszego ogrodu i w dodatku w ilościach, umożliwiających zrobienie zimowych zapasów. Uwielbiam duszoną marchewkę i zajadam ją z apetytem chrzaniąc jej przerażający indeks glikemiczny. I uwielbiam też, jak na ziemniakach jest cała fura szczypiorku z masłem!

Pozrywałam jabłka z kolejnej jabłonki z przeznaczeniem na suszenie. A wczoraj przepuściliśmy inną jabłonkę przez sokowirówkę i te 15 litrów soku nastawiliśmy na winko.

Ugotowałam ziemniaki dla kur, syrop dla pszczół i drugi, do wina. Zrobiłam też trochę przecieru pomidorowego do zamrożenia. Umyłam, posiekałam i zamroziłam drobne pory z warzywnika; te duże, na polu, na razie zostaną w ziemi. Nastawiłam pranie i zmywanie...

A potem przyszło najważniejsze – stwierdziłam że to jest w końcu dobry moment, żeby zaintrodukować w jadalni nowy nabytek - stojący od tygodnia w sieni wielki szafokredens. Odsuwałam ten moment, bo czasu wciąż mi brakowało, a wiadomo, że taka jedna zmiana wyzwala lawinę czynności towarzyszących, niezbędnych PRZED i PO.
Najpierw Stary wyeksmitował z jadalni starego śmierdziela, czyli kredens, który mieliśmy nadzieję przywrócić do życia, ale niestety, sorry Winnetou... i tak dwa lata się z nim przemęczyliśmy. Potem wyjechaliśmy z moim kochanym orzechowym sekretarzykiem, który od razu wstawiliśmy do pokoju Młodego, gdzie będzie wkrótce nasza duża sypialnia z widokiem na ogród.
No i wtedy można było już wciągnąć ten szafokredens, który ma dwa i pół metra długości i jest prawie mojego wzrostu. Zmieściły się w nim wszystkie nasze szkła i inne duperele, a także cala bielizna stołowa i kuchenna, a w szklanej witrynie poukładałam porcelanę po babci, z którą się cackam i używam od wielkiego dzwonu. Ach, tego mi było trzeba i wreszcie mam jadalnię urządzoną! Potrzebna mi jest jeszcze lampa stojąca, najlepiej jakiś stary grat z wielkim abażurem, który zdemoluję i zrobię od nowa. I wtedy jeszcze tylko mały kroczek... i lampa sufitowa do kompletu gotowa!
Kiedy wstawiliśmy kredens, zaczęłam wycierać go z kurzu. Wsadziłam głowę do środka i wtedy poczułam ten zapach, taki cudny, niepowtarzalny zapach, który pamiętam z domu mojej babci. Ten zapach był w tamtych meblach – dotarło to do mnie w jednej chwili i aż się poryczałam. A potem już poszło... za każdym razem, jak to czułam, zaczynałam płakać.
Wreszcie stwierdziłam, że nie dam rady i zaczerpnęłam zrobioną z przeznaczeniem dla zdrowotności wytrawną malinową nalewkę, która musiała mi pomóc przez to przebrnąć. Stary załapał się też na 3 kieliszeczki, ale generalnie, to wytrąbiłam pół słoika, przecierając półki i drzwiczki, czyszcząc do połysku stare łyżki, składając obrusy i ściereczki i nastawiając zmywarkę za zmywarką. Dla pewności wsparłam się jeszcze decybelami w wykonaniu Kazika mojego uwielbianego i tyle mi to dało siły, że potem jeszcze przygotowałam te jabłka do suszenia, a teraz czekam, aż zmywarka zakończy ostatnią turę.

Komentuj (6)

30.09.2012 (19:58)



Komentuj (7)
Blogi
Barbarella
Talenty
CudaMerigold
Dulbeb
Gunia
Lunia
Stary
Młoda
Jedzonko
Pesto
Wypieki
Ogród
Kompostownik
Róże (ang)
Róże (pol)
Róże (rus)
Na drutach
Drops
E-dziewiarka
IK blog
Ravelry
Reszta Świata
Janda
Kazik
MariaPeszek
Nohavica
Przemyk
WOŚP
OKOpress
Pińczów