Rodzynki wydłubane z życia...

Goście

Archiwum
2018
2017
2016
2015
2014
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2013
2012
2011
2010
2009
2008
2007
2006
2005

FB
Poczta
Bank1
Bank2

Allegro
Avon

YouTube
Drzewo

statystyka
e-mail
RSS

Logowanie

Bibliografie

BLOG MAMOFYEN                                         To, co się jeszcze nie wydarzyło, można zmienić.


07.09.2014 (08:38)

Wakacje mi się skończyły, jeżdżę znów do roboty i tęsknię całymi dniami za moim gospodarstwem i przymarzam tyłkiem do krzesła, bo wrzesień to dla mnie długie godziny bezustannego wgapiania się w monitor komputera w zimnej bibliotece.
Znów pozaczynałam książki i znów nie mam czasu ich czytać. Wkurzają mnie te nowoczesne wydania, takie śliczne, dopracowane, porządne edytorsko, a w środku - pustki. Marginesy, pochłaniające prawie połowę strony i porozciągane interlinie... i to ma być książka? Jakieś nieporozumienie.
Rzadko trafi się książka gęsto pisana, taka, że można na każdej stronie pobyć trochę; taki był na przykład ostatni Myśliwski...

Tego roku nadszedł wreszcie czas, że przywracamy życie naszym starym zegarom, które wymagały renowacji i konserwacji, a dodatkowo jeszcze ucierpiały przy przeprowadzkach . Koszt to jest niemały i zawsze są jakieś ważniejsze wydatki, tym bardziej się cieszę... Jeden nieduży, skrzynkowy z domu moich dziadków już tyka i stuka i puka i odmierza czas i króluje w jadalni na kredensie, nakręcany raz w tygodniu, jak dawniej, jak kiedyś.
Drugi już kilka tygodni jest poddawany leczniczym zabiegom w pracowni zegarmistrzowskiej. Ten, to dopiero będzie rządził! To zegar z bimbadłem i będzie nam bimbał co pół godziny. Zawiśnie w dużym pokoju i mam nadzieję, że będzie go słychać w całym domu.



Jak widać na obrazku z zegarem, dynie obrodziły; nie wszystkie jeszcze zebrałam, ale wczoraj przywiozłam sobie wózkiem z pola takie ślicznoty :)
Pomidorów też jest mnóstwo - pyszne, piękne i pachnące...



Z atrakcji w gospodarstwie, to mieliśmy latoś szczura i to od razu w sypialni pod szafą, na bogato! Oczywiście Kora go pierwsza wyniuchała, bo to jest pies nad psami i kotami, a w dodatku trochę konik.
Dodam, że naturalnie, jak to w sytuacji różnych klęsk, Starego nie było w domu i przepłoszyłyśmy z Korunią tego intruza SAME, a poruszał się gnojek przy ścianach, przyciśnięty do nich i do mebli, jakby był do nich przymocowany; ani razu, ani w jednym miejscu nie wybiegł na środek! Stopniowo, przy pozamykanych drzwiach do wszystkich pomieszczeń znajdujących się na trasie, wyparłyśmy go w kierunku ganku, a tam już czekały otwarte drzwi do ogrodu.
Szczur podobno był wędrowny, a nie śniady i to niby lepiej... no, Stary mnie zapewniał, że to nie ten od Camusa. W przypadku gryzoni w domu mam od razu taką panikę, że mi się zakwaterują w zupełnie niedostępnym miejscu i niezwłocznie rozmnożą w setkach egzemplarzy!
No, ale oczywiście dokumentacja fotograficzna została wykonana.





Ważne rzeczy, o których muszę jeszcze napisać, to rozbiórka szaletu szkolnego, którego już wreszcie nie ma w ogrodzie!
No i Stary wytynkował z zewnątrz ganek, a teraz jeszcze tylko zostało obrzucenie tynkiem połaci pomiędzy belkami szachulca, ale tu nie możemy się na razie określić, co do koloru. Myśleliśmy, że biały, ale chyba jednak nie.
No i wnętrze ganeczku też już jest mieszkalne, a nie budowlane, ale szczegóły innym razem...

Komentuj (3)

09.09.2014 (22:13)

Doczekałam się wreszcie ganeczku miłego i czystego i przytulnego, choć wciąż jeszcze się w nim urządzam po swojemu. Tymczasem pogrzebałam w zeszłorocznych zdjęciach i znalazłam takie do porównania. Te before pochodzą z listopada 2013, a te after to stan obecny.

Najpierw rzut oka na drzwi wyjściowe.





Teraz drzwi do sieni - widać, że nastąpiła tu zmiana lokalizacji pstryczka-elektryczka i przełożenie drzwi z lewych na prawe (czy też odwrotnie... nie wiem, bo to jedna z kwestii, których nigdy nie zrozumiem); drzwi dostały też nowy starożytny zamek skrzynkowy, taki jakie mamy jeszcze i w innych drzwiach w domu .





Okienko.









Nadszedł wreszcie czas, że mogliśmy wykorzystać piękne ręcznie robione gwoździe, które można znaleźć w naszym gospodarstwie tu i ówdzie. Na dwóch takich gwoździach zawisł patyczek od firanki, pozostałe cztery otrzymały nowe życie jako wieszaczki.
Firanka wisiała kiedyś w pokoju Młodego, a uszydełkowałam ją pewnego lata, w większości w Rytrze nad potokiem.

Widać tu też sufit, który jeszcze nie jest skończony. Będzie pomalowany na biało, tylko belki sufitowe zostaną drewniane, pewnie trochę przyciemnione.







Cały ganek na zewnątrz i wewnątrz, od prac koncepcyjnych po końcowe zmywanie podłogi, to wszystko robił Stary - sam osobiście i tymi ręcami, a dodać trzeba, że i głową, bo głowa tu była również koniecznie potrzebna.

No i na koniec Centrum Dowodzenia Mrożonkami, żeby mi nie było, że to tylko jakieś czcze przechwałki!






Komentuj (2)

22.09.2014 (10:58)

Ledwo wróciłam do roboty, a już wylądowałam na zwolnieniu i to od razu na bogato! A było to tak...

W sobotę Stary porządkował drewno z rozbiórki szkolnego szaletu, a wiec ciął je piłą na kawałki, a ja krzątałam się w pobliżu i układałam je na ładny stosik, żeby potem wygodnie było to pozwozić do szopy.
No i nadepnęłam na deskę, z której wystawały gwoździe i przez piankowe ogrodowe klapki wbiłam sobie w stopę dwa stare zardzewiałe gwoździe, kto wie, czy nie zabytkowe, ich mać!
Krew sikała jak ze świniaka, ale tylko z jednej dziurki, a z drugiej niechętnie. Pierwsza pomoc polegała na tym, że przysiadłam na pniaczku i wodą z węża ogrodowego spłukiwałam z tej stopy krew i kurz, i wszelki brud i grzech tego świata i płakałam w głos, bo ból był nie do wytrzymania.
W ramach drugiej pomocy, po dopełznięciu do domu pomoczyłam nogę w roztworze szarego mydła, nie marnując lekkomyślnie spirytusu, schowanego w barku na okoliczność kolejnych nalewek.

Początkowo miałam zamiar pojechać do mojego lekarza rodzinnego dopiero w poniedziałek ale noc była z bólu w większości nieprzespana, stopa spuchła i tętniła, a jak sobie jeszcze obejrzałam w necie pacjenta, dotkniętego tężcem i przeczytałam, że 1/3 chorych umiera, to już prawie od razu byłam ubrana do samochodu. Pojechaliśmy na SOR...
Pierwsza godzina minęła szybko i była pełna przygód: rejestracja i zaopatrzenie w numerek, gabinet pielęgniarki ratunkowej i wstępna kwalifikacja medyczna, znów rejestracja i założenie karty oraz opaski w kolorze nie rokującym szybkiego powrotu do domu, a potem prawie zaraz gabinet lekarski i skierowanie na rtg.
I tu przygody się skończyły.

No w każdym razie byłam w domu JUŻ przed północą. Bilansem tych sześciu godzin stał się pakiet: zastrzyk przeciwtężcowy, antybiotyk i dwa tygodnie zwolnienia.
Myślę, że tydzień dla nogi, a tydzień dla psychiki w celu odreagowania pobytu na SOR.

A w ogrodzie - niczym w Weranda country i to bez układania aranżacji i wzywania ekipy zdjęciowej!







Komentuj (3)

25.09.2014 (08:00)





Zainwestowałam w tym sezonie w porządne urządzenie, ułatwiające egzystencję w gospodarstwie wiejskim. Jest to dziadek do orzechów, urządzenie w typie mobile, można je więc szybko przestawić pod dowolnie wybraną leszczynę lub też skonstruować kilka takich urządzeń, jeśli się na przykład ma pięć leszczyn, rosnących w dwóch oddalonych od siebie grupach.
Liczne nierówności i szpary w belce umożliwiają stabilne ułożenie orzeszka, który nie toczy się i nie przekręca, a zgrabny pięściak pozwala na zaoszczędzenie siły mięśni i dokonanie dzieła bez zbędnego wydatku energetycznego.

Komentuj (7)

30.09.2014 (16:02)

Po krótkiej walce poddałam się i nie idę na żadną kontrolną wizytę do poradni chirurgicznej, o nie! Noga mi przecież nie odpadła ani nie ma zamiaru, na tyle to ja się sama znam na medycynie.
A swoją drogą to bardzo ciekawe, bo pan doktór bardzo przystojny ze szpitalnego SOR-u wystawia skierowanie z zaleceniem wizyty kontrolnej za 2-3 dni w poradni, w której sam przyjmuje. To co on, kurwa, nie wie, że wizyta za 2-3 dni jest niemożliwa, nawet na podstawie skierowania od niego samego do niego samego? Za 2-3 tygodnie, to może i owszem.
Ale dodać tu trzeba, że inna poradnia zaproponowała styczeń.

Więc na takie dictum zaczęłam dla zdrowia i urody zwozić taczką drewno na miejsce zimowego leżakowania i od razu mi się lepiej zrobiło. Sześć taczek w 20 minut.
I upiekłam rogaliki z ciasta drożdżowo-serowo-dyniowego z konfiturą dyniowo-pomarańczową.
Przyglądam się też przepisowi na szybki ser żółty domowym sposobem.

No a w październiku zdobywam Kopenhagę promem tam i z powrotem.

Komentuj (5)
Blogi
Barbarella
Pierwsza
Talenty
CudaMerigold
Dulbeb
Gunia
Lunia
Stary
Młoda
Jedzonko
Pesto
Wypieki
Ogród
Kompostownik
Róże (ang)
Róże (pol)
Róże (rus)
Na drutach
Drops
E-dziewiarka
IK blog
Ravelry
Reszta Świata
Janda
Janerka
Kazik
MariaPeszek
Nohavica
Przemyk
WOŚP
Pińczów