Rodzynki wydłubane z życia...

Goście

Archiwum
2018
2017
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2016
2015
2014
2013
2012
2011
2010
2009
2008
2007
2006
2005

FB
Poczta
Bank1
Bank2

Allegro
Avon

YouTube
Drzewo

statystyka
e-mail
RSS

Logowanie

Bibliografie

BLOG MAMOFYEN                                         To, co się jeszcze nie wydarzyło, można zmienić.


18.09.2017 (19:33)

Jak ja tej pisiorskiej bandzie nie życzę niczego dobrego, to doprawdy chętnie skorzystam z ich pomysłu pójścia na emeryturę za cztery i pół roku i ta myśl mnie nie opuszcza. Gdyby zmienił się rząd (czego z kolei najserdeczniej życzę obecnemu rządowi) i chciał znów podnieść wiek emerytalny, to zanim ustawa przejdzie przez proces legislacyjny, spieprzam na pomostówkę i tyle mnie widzieli.
Całkiem nie przypadkiem piszę o tym w drugiej połowie września, kiedy to jestem w pracy zarżnięta na amen, jak co roku. Czas był przywyknąć, ale z roku na rok jest coraz gorzej, a ja przecież jestem coraz starsza. Po czterech tygodniach pracy w szkole i w domu - mam dość.

Bo jest plan...
Muszę do tej pory uciułać przynajmniej na jedną alpakę, wziąć pożyczkę na drugą i jakoś wystartować. Deklaruje mi się wspólniczka, która kupi trzecią. Stary zbuduje za ogrodem obórkę dla tej nierogacizny i trzeba będzie też ogrodzić całe nasze pole.
Wiem już trochę o alpakach, oprócz tego, co wie każdy, czyli że są śliczne. Wiem, że zimują bez problemu w naszych warunkach, że jedzą trawę i siano, a marchewka jest ich ulubionym smakołykiem. Ich futro może mieć ponad dwadzieścia odcieni kolorystycznych i powstaje z niego luksusowa wełna - lekka, ciepła i niealergizująca. Mamy dość ziemi, żeby kilka alpak mogło z nami zamieszkać.
Czytam i czytam, oglądam, podziwiam - mam ochotę.

Może mi się jeszcze odmieni, nie wiem; ale na razie plan jest taki.

Komentuj (4)

20.09.2017 (14:21)

Siedzę w kolejce do lekarza medycyny pracy. Jeszcze w takich okolicznościach notki nie pisałam, ale nie mam książki ani robótki, to coś trzeba robić.
Za oknem marnują się resztki wrześniowego słońca, a ja utkwiłam niespodziewanie w tych nieprzyjaznych murach - wciąż w biegu i w pośpiechu, aż tu nagle zastygłam i trwam.

Ale czeka mnie atrakcyjny i nadzwyczajny weekend, a po weekendzie przyjeżdża na kilka dni Młody.

Idzie jesień - myszy sprowadzają się do domu.

Komentuj (2)

25.09.2017 (20:59)

Wróciłam ze świetnego spotkania z przyjaciółkami z dzieciństwa. Tym razem odbyło się ono w Krakowie, mogłam więc przez chwilkę zobaczyć się też z Młodą.

Pierwszym punktem naszego zlotu był spektakl muzyczny, który był już wcześniej grany na scenie teatru i na muzealnym dziedzińcu, a tym razem publiczność była ciągana przez artystki po zakamarkach piwnic i korytarzy Muzeum Archeologicznego. W spektaklu gra Młoda i było mi dane widzieć go pierwszy raz. Bardzo fajna rzecz, choć szczerze przyznam, że ku mojemu zdziwieniu; kiedy bowiem dwa lata temu pierwszy raz usłyszałam składankę piosenek, zaplanowaną do spektaklu, to się zbytnio nie zachwyciłam, bo akurat nie przepadam.
Jednak wszystko razem, ubarwione jeszcze mickiewiczowskimi balladowymi upiorkami, dało świetny efekt - z głosami dobiegającymi z różnych korytarzy piwnic i z postaciami znikającymi i pojawiającymi się we wnękach i zakamarkach. Dziewczynki - boskie!

Zwiedzałyśmy też muzeum pod płytą krakowskiego Rynku, a oprowadzała nas i bardzo ciekawie opowiadała pani z Muzeum Archeologicznego, która widziała na własne oczy, jak te cuda odkopywano. Dzięki uprzejmości męża tej z nas, która została krakowianką, trafiła się więc nam ekskluzywna wersja zwiedzania!
Od dawna chciałam zobaczyć tę ekspozycję i choć jest ona udostępniana już od siedmiu lat, to jakoś się dotychczas nie składało. Po tej pierwszej wizycie tylko się rozochociłam do kolejnej, zresztą przemknęłyśmy przez podziemną krainę w jakieś półtorej godziny, podczas gdy na pełne obejrzenie wszystkiego trzeba by przeznaczyć z pięć godzin.
Potem wypiłyśmy z panią i Fundatorem bardzo elegancką kawkę w bardzo eleganckim miejscu.

Wieczorami natomiast obżerałyśmy się, spożywając trunki powszechnie uważane za obraźliwe, polegując i przesiadując, jak tam komu było wygodnie. Nie obeszło się bez sytuacji zagrażających życiu i zdrowiu, gdyż kanapa została nieco zdewastowana i to przez tę z nas o najchudszym tyłku, więc strach pomyśleć, co by było, gdybym tam zasiadła na przykład ja!
Gorliwie i od pierwszych chwil uzupełniałyśmy zaległości w gadaniu, najpierw bez ładu, składu i na wyścigi, ale wkrótce zostałyśmy przywołane do porządku dyscyplinującym okrzykiem Gośki: Nie podoba mi się organizacja tej rozmowy!
Mało więc brakowało, a trzeba by było zapisywać się do głosu.

Ten wyjazd, to była bardzo miła przygoda i spotkanie z kimś, kto zna człowieka od podszewki i od zasrańca, z kim się nie trzeba krygować i uważać, co się mówi. Bezcenne.
Na koniec chciałam wkleić jakieś zdjęcie, ale niestety - prawie wszystkie wyglądają, jakby były robione kalkulatorem, więc zaniechałam.

Dziewczynki, dziękuję Wam!

Komentuj (0)
Blogi
Barbarella
Pierwsza
Talenty
CudaMerigold
Dulbeb
Gunia
Lunia
Stary
Młoda
Jedzonko
Pesto
Wypieki
Ogród
Kompostownik
Róże (ang)
Róże (pol)
Róże (rus)
Na drutach
Drops
E-dziewiarka
IK blog
Ravelry
Reszta Świata
Janda
Janerka
Kazik
MariaPeszek
Nohavica
Przemyk
WOŚP
Pińczów